piątek, 28 września 2012

Dzień królika

Wbrew pozorom dzień królika odbył się wcześniej, dzisiaj wrzucam obrazki. Króliki silnie partyzanckie, ale to prototypki, takie szybko-szybko (zgapione z jakiegoś obrazka, kiedyś widziałam chyba dziewczynkę-królika i ukradłam koncepcję bezwstydnie ją dostosowując do potrzeb). Zaopatrzyłam się już w kolorowy papier, zakupię jeszcze inne cuda papiernicze i stworzę prawdziwe cuda na patyku. Czyli kolejny poziom kiczowania babek czeka na osiągnięcie!
Muszę się jeszcze nauczyć robić ładne pudełka prezentowe, żeby podarować temu i owemu moje kulinarne wybryki.
Przepis ten sam, tym razem tylko zwykła mąka i tłuszcz całkowicie kokosowy. Poza tym ciasto urozmaicone drobnymi kawałkami czekolady rozsianymi po całości.
Taca prawdopodobnie biedrońska.




Ostatnie zdjęcie obrazuje zestaw zapudłowany.


Zalecana piosenka tutaj. Jakoś do moich koślawych królików pasuje. Formą, nie treścią.

czwartek, 27 września 2012

Na żółto i na niebiesko


Jest na Mazurach taka atrakcja turystyczna dla wielbicieli architektonicznych. Kryształowe sklepienie w kościele w Kętrzynie i w Morągu chyba też. Tutaj nie wiem, czy Morąg to Mazury, ale udawajmy, że tak. To pewnie te dzikie Mazury Zachodnie, ale niech będzie, bo nie Warmia przecież. Ale co do sklepienia - późny gotyk, charakterystyczne krawędzie, efekt origami niemalże. Sklepienie krysztallowe trochę się różni. Postmodernistyczne, naciapkane kolorkami, ideami i estetyką wesołego śmietnika. Co z tego wynika? Kłębią się między potylicą a twarzoczaszką różne pomysły, które chętnie się materializują, jak wskazują załączone obrazki.

Opis:
1. Jamniki piktograficzne.
2. Sylwetki jamnicze.
3. Sylwetkowy kurczak.
Tak, moje malarstwo opiera się na konturach, kształtach i kolorach. Jestem w stanie namalować każde zwierzę, ale tylko w zarysie, nie chcę się w szczegółach zgubić, bo się już nie znajduję. Nie mam zdolności do światłocieniowania, czy innych akcji realistycznych.



Lipne takie zdjęcia obrazków, bo kolory są nie takie, jak trzeba, bo niedoświetlone, a jak doświetlone, to się zaświetlają. Lipa i już. Ale chciałam się pochwalić dziełami. Nie stać mnie na galerię, nikt nie kupi... Bida z nędzą, ale przynajmniej się realizuję estetycznie i mam jakąś ekspresję.

poniedziałek, 24 września 2012

W zdrowiu i w chorobie

Sezon jesiennych chorób uderzył z siłą huraganu. Choroby nie są jakieś szczególnie wyszukane - ot, przeziębienie, zbolałość kości, takie tam. Za to liczba zachorowań przeraża. Tu jeden, tu drugi, wszyscy chorują, cały ekosystem, całe rodziny. Nie chcę być gorsza, więc choruję i ja.
Teraz pradawna, najprawdziwsze prawda - nie lubię chorować. Straszliwe marnowanie czasu. A wiadomo, czasu nikt nigdy nie oddaje. Traci się życie bezpowrotnie. Swoją drogą chorowanie nigdy nie jest stylowe, zawsze chorują ze mną moje włosy, wyglądam jak urodzone nieszczęście i denerwuję się jeszcze bardziej. Próżność, można powiedzieć, ale przecież jedna trzecia pewności siebie i dobrego samopoczucia człowieka to jego wygląd... ;)
Nie lubię też całego procesu zażywania środków leczniczych. Pije człowiek te rozpuszczalniki, łyka pigułki i znowu się denerwuje. Nerwowa jestem w chorobie jeszcze bardziej niż w życiu normalnym (o ile można je tak nazwać...).
Żeby umilić sobie słabowanie, postanowiłam ręcami swymi choremi wykonać przysmak pitny.
Tutaj przepis prawdziwy:


W skrócie, jeśli komuś nie chce się oglądać: składniki - imbir i miód (1:1). Imbir obrać, zmiksować, wymieszać z miodem i gotowe. Herbatka na ciepło: 2-3 łyżeczki mazi na kubeczek, zalać zagotowaną wodą. Na zimno: 2-3 łyżeczki zalać zimną wodą, dodać lodu. Zalecane spożycie z orzechami piniowymi. Ja oczywiście nie posiadam, więc piję bosą herbatę.

A tu mój komentarz. Obieranie imbiru tylko wygląda beztrosko. Wcale nie jest takie łatwe. Primo - sok zalał mi oczy (ale na szczęście nie ma właściwości cebulowych). Mój imbir był też lekko przestarzały, więc nie skórował się gładko i przyjemnie. Dlatego rada - należy zakupić kłącza młode. Może krzywdzenie pełnoletnich gwarantuje czystość sumienia, ale trwa dłużej. Łyżeczka jest zdecydowanie najlepszym narzędziem. Z miodem też były przeboje, ponieważ niestety dysponowałam zastygniętym, w formie stałej. Rozpuszczenie trwa. Nie chcemy zagotować przecież. Zagotowany miód traci właściwości. Śmieszne, bo przecież jeśli zaleję gotową maź imbirowo-miodową wrzątkiem, zabiję te właściwości bardzo szybko... Ale mniejsza o to, miód rozpuszczał się w warunkach komfortowych. Po wymieszaniu okazało się, że powstała nadwyżka produktu, dlatego burza mózgów wywołała hasło "pasteryzacja". I będzie stał sobie, w słoiczkach, czekał na chwile słabości psychofizycznej lub inne okazje.


wtorek, 18 września 2012

Say Hello

Teraz pojawi się kilka obrazków okołoprzyrodniczych:



Piękna nasza jesień, pomniki przyrody raźnym uśmiechem witają w lesie, a pokrzywy lśnią w słońcu. Lśni również Żu, jamnik złoty:



Ale księżniczka ma również ogromny powód do niezadowolenia. Jej jesienna sielanka została zaburzona. Oto pojawił się G-pies, mr Gustaw.
Nowy jamnik został zaadoptowany, ma podobno 4-5 lat (ja mówię, że nie, że młodszy, maksymalnie 4), jest jeszcze trochę zagubiony, ale jeśli hrabina Żupkensztajn nie zgnębi go za mocno swą zazdrością, powinien szybko się odnaleźć. A ja muszę go nauczyć sztuczek. Zaczniemy od podawania łapki.

czwartek, 13 września 2012

Twoje łzy jak dżdżownice

Kontynuacja wątku lumpkowego. Czerwonych spodni nadal na horyzoncie nie widać. Widać za to przedmioty następujące:

Spódnica w kolorze przestraszonego na śmierć kiszonego ogórka. Bo naprawdę, nie można powiedzieć, że to oliwkowy.
Jest taki lumpek, w którym pani lumpkowa chowa pod przysłowiową ladą najlepsze rzeczy, żeby jej koleżaneczki miały lans, miały styl, szyk, urok, wdzięk. Ta spódnica została właśnie z otchłani wydarta. Całkiem przypadkiem. Wydaje mi się, że stylistyką delikatnie zahacza o alpejską ludowość jodłującą gdzieś w Austrii. Może to przez kolor? Kiedyś miałam bluzkę taką (niemiecką ozdobną tyrolską jawohl, jawohl, jawohl!) właśnie ludową, ale zaginęła mi w czasach pokoju toruńskiego.


Reszta wystroju pochodzi z różnego rodzaju wyprzedażowych wypraw w różnym czasie i różnych miejscach. Pasiasty kubraczek noszę chętnie, jest jedną z ostatnio ustrzelonych okazji. Trochę bym się mogła przyczepić do sposobu uszycia, ale nie będę przesadzać. Zdjęcia jak zwykle garbate i powykręcane. Taką ja mam stylistykę.


Kolejna odzież. Glamorous bluzka w stylu Elizy Orzeszkowej. Tutaj nie ma ekscytującej historii, mimo że ten sam lump. Tak sobie wisiała, niechciana. Nikt jej diamentyczności nie docenił. Przy zdjęciach pojawił się problem. Z pierwotnej próby uchwycenia uroku lumpidełka ostało się tylko ostatnie (co widać po włosach - zły to był dla nich dzień...), reszta zrobiła się dodatkowo, przy okazji spódnicy. Wymieniłam pasiaka na Elizę i poszło jakoś. Bardzo jakoś. Chciałam nawet dopisać sobie do tych min moich dziwnych coś równie dziwnego, ale nie będę samej siebie sabotowała. Jest jak jest. Bluzkę staram się łączyć ze spodniami, gdyż cierpię na brak wysokiej ołówkowej spódnicy, która moim zdaniem by się dobrze odnalazła w zestawieniu z bielą skrzydlatą. Mogę jeszcze wyjaśnić, że t-shirt na ostatnim zawiera Spidermana oraz kapitana Amerykę na froncie. W ramach przełamania ozdobności.




I miało być więcej różnych egzemplarzy, ale ostatnio nie użytkuję, a specjalnie dla potrzeb bloga wystrajać mi się nie chce.  To znaczy, że wątek lumpkowy nie został wyczerpany i stopniowo, bardzo powoli, będę się chwalić resztą. Aż w końcu któregoś dnia oznajmię, iż spełniłam swoje marzenie i dopadłam czerwone spodnie.

A jeśli kogoś zaintrygował tytuł, jest to cytat pochodzący niebezpośrednio z pieśni wzruszającej. Ja tak śpiewam. Nie, że nie podoba mi się oryginalne brzmienie, bardzo mi się podoba. Dżdżownice jednak są dla mnie sentymentalnym dodatkiem.

wtorek, 11 września 2012

I'm still the one I used to be

Miałam coś ogłosić, ale na to przyjdzie jeszcze pora... (✿◠‿◠)
Ten tydzień będzie zdecydowanie weselszy, niż przerażająca Goldie o złowieszczym oczku łypiącym groźnie. Dlatego dzisiaj szybka sukienka ze ścinków, które zostały mi po przerabianiu bluzki. Nawet nie wykończyłam odpowiednio tej kreacji. Może ją pomaluję, żeby zrobić efekt kolorystyczny? Pewnie tak. W dżdżownice na przykład. I nie zapomniałam, powoli kompletuję już dokumentację moich znalezisk lumpistycznych. W tym tygodniu jak nic, ogórkowa spódnica i inne cuda pojawią się.

Dużo widziałam ludzkich sukienek o takim wyglądzie i być może uszycie ich nie jest trudne, trochę kombinacji i bum! jest sukienka, ale brakuje mi koncepcji ogólnej. I właściwie nie wiem, po co bym taką sukienkę posiadała? Zupełnie nie dla mnie. Wiem, że ludzie potrafią na przykład ładnie wyglądać i to jest dobre. Nawet chciałam przez chwilę mieć taką, ale... Nie.






sobota, 8 września 2012

Niepowaga

Pytanie na dzisiaj (i nawet może dłużej): Skąd w ludziach tyle mądrości, gustu i urody? Nie wiem, czy to zasługa pani prezydentowej miłościwie nam panującej w latach 1995-2005, ale prawdopodobnie miała swój wkład w to cudowne zjawisko. Obserwuję od dłuższego czasu i ze zgrozą stwierdzam, że natężenie hejtu wśród ludzi sięga coraz nowszych pułapów. Siódmego nieba...
Takie szafiarki choćby. Wydawało mi się, że szafiarka z definicji prezentuje personal style, że ma jakiś margines dowolności, żyje własnym życiem i nie musi wyglądać jak Joanna Horodyńska z lookbooka (sorrychamskie). Przy okazji pani Joanny, to ona przyczyniła się do propagowania modowej mowy nienawiści. Babka szarżuje po ludziach jak wściekły nosorożec po sawannie. Ciekawostka: nosorożec widzi tylko to, co jest 5 metrów przed nim. Wracając do znanej pani stylistki: mnie jej działalność nie bawi. Być może w wielu przypadkach ma rację, ale krytykę można ubrać w kulturalne figury retoryczne.
Albo wszystkie artykuły na portalach o szmacianej tematyce - tekst dookoła zdjęcia, który streścić można zdaniem: Gwiazda wyglądała jak mutant z Marsa, oceńcie same. Jak można ocenić, jeśli ocena została już wystawiona?

Pytanie numer dwa: Komu właściwie przeszkadza? Można nawet inaczej: Dlaczego właściwie komuś przeszkadza?
Tutaj wracamy do szkoły i uczniowskiego znęcania się. Miałam w życiu to nieszczęście, że zdarzyło mi się czmychnąć z jednej podstawówki i niefortunnie wylądować w zupełnie innej. Jakoś mnie nigdy mocno nie obchodziło, co ludzie mogą myśleć na mój temat, a tu nagle nowa szkoła, która całkowicie zmieniła moje życie. Okazało się, że rządzi syf, kiła i mogiła. Może nie dosłownie, bo to podstawówka, co nie? Byli lepsi i gorsi, były nietykalne gwiazdki i kmiotki, z którymi nikt się nie liczył. Były dzieci ładne i brzydkie, dobre i złe, lubiane i nie. Przyczyna? Wystarczyło być trochę innym. Nawet nie bardzo. Tylko odrobinę. Szybko zbierały się grupki "normalnych" i następowała żenująca zbiorowa napaść na nieboraka. Wszystko połączone z pradawną polityką "kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam". Jeśli się nie rzuciło kamieniem, znaczyło to, że nie jest się bez winy. I następnym razem można było znaleźć się po drugiej stronie.
O co mi chodzi? Czy jakby wszyscy mieli drewnianą lewą nogę, odcięłabym swoją, żeby pasować do towarzystwa? I don't think so. Poza tym - zawsze znajdzie się ktoś, kto użyje argumentu ostatecznego, tupnie nogą i zakrzyknie "Jesteś głupia!". Ale czy ma rację? Może sam jest głupi, ale żeby uspokoić swoją rozchwianą młodzieńczą psychikę przypominającą mamuta, któremu sosnowa gałąź wbiła się w... stopę, wybiera sobie kogoś (swoim zdaniem) słabszego, przejawiającego wady zbliżone. Wyolbrzymi te wady do rozmiarów, żeby się nie powtarzać, nieogarnialnych, i będzie się śmiał z ciebie, aż spuchnie. Na zdrowie! Istnieje oczywiście możliwość, być może faktycznie jestem głupia i istnieniem swym obrażam przewrażliwiony ród ludzki. Ale nie przesadzajmy, to jeszcze nie powód do drwin niewybrednych. Pokaż, człowieczku, poziom, na który tak trudno mi się wspiąć, a zmotywuję się i za 30 lat może cię dogonię? Kto wie? W człowieka trzeba wierzyć. Ja wierzę, że nie ma beznadziejnych ludzi, są tylko tacy, którzy beznadziejnie postępują. Jesteś lepszy? Stefan Żeromski zobowiązuje cię do pomocy gorszym. Podziel się tą swoją lepszością i powiększ tym sposobem otaczającą cię chmurę chwały.

A teraz trudne słowo. Hipokryzja. Grecy je wymyślili. Nie będę podawać definicji, bo to przykłady lepiej pokazują znaczenie. Widzimy teraz piękną dziewczynkę, która wygłasza przemówienie na temat tolerancji. Stwierdza ona, że Hitler nie był miłym człowiekiem i zasługuje na potępienie. Bo nie tolerował odmienności, bo skazywał na śmierć. Dziewczynka posługuje się rozsądnymi argumentami, opowiada o walce, o wolności... Eleanor Roosevelt i prawa człowieka. No szał. Dostaje świetną ocenę, jest wzorem do naśladowania. Co dziewczynka robi na przerwie? Tłumaczy mi, że nie powinnam kolegować się z Inną Dziewczynką, bo Inna Dziewczynka ma siostrę wariatkę.
Na odległość wszyscy jesteśmy tolerancyjni.

I śmieszne jest trochę, takie trupiaszczo poważne traktowanie niektórych drugorzędnych spraw. Why so serious? To psuje całą zabawę. Tak na marginesie.

Dziękuję wszystkim za uwagę i życzę miłego tygodnia.

Na koniec bardzo poważna Goldie. Właściwie chciałam zrobić wzruszającą opowieść w obrazkach. Ale nawiązująca do popkultury Creepy Goldie też nie jest zła. Od przyszłego tygodnia zajmę się już bardziej wesołymi rzeczami. Temat mi strzelił do głowy i nie odpuścił.



poniedziałek, 3 września 2012

Nowy radosny dzień


Postanowiłam bardziej się starać. Moje zdjęcia nigdy nie były specjalnie szałowe, szczególnie jeśli tematem były artykuły spożywcze. Od teraz bardziej będę zwracać uwagę na scenerię i elementy ozdobne.

Najlepsze są rzeczy najprostsze. Przepis już kiedyś podawałam, więc nie będę się powtarzać. Dodatkiem jest jednak ozdobny malinowy czub oraz polewa z mojego ulubionego miodu gryczanego. Kwiat nasturcji również jest jadalny, ale nie dzisiaj. Muszę dopiero wypróbować przepis na kwiatowe ciastka.

Słońce gratis. I uwaga, oszukuję. Pancakes w wersji miniaturowej znajdują się na spodku od filiżanki, a ich średnica nie przekroczyła 10 centymetrów. Nie musi być dużo, żeby było ładnie.




niedziela, 2 września 2012

L.O.V.E!


Przerwa od rzeczy poważnych (których i tak nigdy tu nie było).
Dzisiaj będzie love story. Ale zanim, przedstawiam portrety kwiatków, które wprowadzą nas w kolorową atmosferę. Bo to love story o kolorach.


Niby wiosna to pora roku na takie opowieści, ale nie dajmy się oszukać. Przed państwem jedyna i niepowtarzalna historia zrodzona w mojej wielkiej głowie:


Był sobie pan hipster z zawodu pasterz prawdopodobnie. Z miętą mu do twarzy. Tak, chodzi o to zielsko dookoła postaci.


Pewnego dnia poznał panią w czarnej sukience. I okazało się, że za panią przyszło czarne dziadostwo.


Czarne dziadostwo swymi mackami chwyciło pana hipstera w otchłań nie do pokonania. Wszystko skończyłoby się źle, ale się dopiero zaczęło. On się teleportował na ciemną stronę, a pani, mimo sukienki, nagle znalazła się po przeciwnej. I co dalej?


Dalej było BUM! Pańcia odkryła kolorki. W tym niezastąpiony róż.


Kurza stopa, pomyślała, trzeba zwalczyć czarne dziadostwo.


 I zwalczyła.


Żyli długo i szczęśliwie.
Podsumowanie:


Wystąpili: