sobota, 4 sierpnia 2012

Nasze Mazury to bez wątpienia najpiękniejsza na świecie ziemia!

Nikt mi nie płaci za chwalenie czegokolwiek, a szkoda, bo bym chwaliła z większym zapałem.

Ganiam z otwockim herbem na promocyjnym t-shircie. Taka jest prawda. Lecz to jeszcze o niczym nie świadczy. Bo oto nagle, teraz właśnie, mam zamiar zaprezentować 2 produkty regionalne warmińsko-mazurskie. Żeby nie było, że cudze chwalę, swojego nie znam. Znam, a owszem, bardzo dobrze. Nie będę się jednak rozdrabniać na oczywistości, że majonez kętrzyński to najlepszy majonez w kraju i za granicą, bo to każdy już od dawna powinien wiedzieć.
Na początek wrzucę obrazek, który został skradziony, ale w celu chwalebnym. Otóż jest to obrazek, który warto zapamiętać.

Projekt, w wyniku którego ktoś nabazgrał te widelce, jest projektem bardzo osobiście mi się podobającym. Chodzi między innymi o to, żeby promować regionalne produkty i tradycyjne receptury, żeby jadło się lepiej, przyjemniej i ciekawiej. Coś nawet słyszałam o profesjonalnym przewodniku kulinarnym. Godne pochwały. Oferta żywności staje się coraz bogatsza, a ja mam co konsumować wśród ogólnej radości oraz w poczuciu, że Warmia, Mazury i Powiśle nie gęsi i swoje kulinarne dziedzictwo mają. Wszyscy zawsze myślą, że u nas tylko jezioro i żaglówka i ryba przypalona. Otóż wcale nie. Poza różnego rodzaju jadłodajniami, certyfikat otrzymały również zakłady produkujące spożywcze artykuły sprzedające się detalicznie. Jakiś czas temu wspominałam o mojej ulubionej mące. Poza tym, z tych godnych uwagi moim zdaniem, warto wymienić producenta sękaczy (ja osobiście nie lubię sękaczy, więc sorry, dużo o nich pisać nie będę, bo to nieobiektywne jak opinie pewnego znanego pana dziennikarza, którego nazwiska nie wymienię, gdyż nie stać mnie na odszkodowanie za pomówienie), czy octu i musztardy. Ja jednak skupię się po pierwsze na produkcie nieodpowiednim dla osób nieletnich, toteż proszę je (jeśli jakimś dziwnym zrządzeniem losu tu przywędrowały), by się nie gorszyły i uciekły czym prędzej w siną dal. Bo o piwie nie wolno publicznie się wyrażać.

Browar Kormoran niekoniecznie dobrze mi się kojarzył. Jakieś takie sikacze z lat mojej młodości, w brzydkich butelkach i ogólnie beznadziejne. Aż tu nagle okazuje się, że dźwignął się z kryzysu i tada! Powstały piwa "dla pasjonatów", ludzi "eksperymentujących, stale poszukujących nowych smaków, wymagających". Ekskluzywnie. Od pucybuta do milionera. W sumie czytałam kiedyś przemyślenia jakiegoś gościa, który spełnił swój american dream, i gość ten zauważył, że jeśli coś się robi, trzeba to robić najlepiej i rozsiewać wrażenie, iż produkt przez nas wytworzony jest unikalny, ooak, szał Mariana, nigdzie takiego nie ma. Oferta browaru jest przebogata, jak na warmińsko-mazurskie warunki. Ja jednak nie miałam dużego problemu z wyborem egzemplarza próbnego, bo w sklepie akurat ostały się 2 rodzaje - Krzepkie i Jabłko w piwie. To drugie skonsumowałam bez zastanowienia, jeszcze wtedy nie pomyślałam, że to dobry temat na blogowe rozważania kulinarne. Drugiemu przyjrzałam się bardziej.


Mamy tu do czynienia z zagłobowaniem alkoholu. Koncept jest taki, że walniemy wierszyk z kilkoma archaizmami, obrazek gustowny i zaśmiejemy się rubasznie. Dla mnie ok. Jedynym, czego nie zrozumiałam, był samolot na kapslu. Kolekcjonerski? Ludzie wychowani na zbieraniu mądrości z Tymbarka będą teraz gromadzić aeroplany? Nie wiem, może i tak. Bardziej by mi pasował poczet wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego, czy coś w podobnym temacie. Ale samolot? Nie, ja nie rozumiem.



Piwo jest dobre. Szczere, prawdziwe, w porządku. Jak ten grubawy chłop z etykietki. Nie śmierdzi, nie jest powalająco gorzkie, ani zakwaszone. Jest takie, jak być powinno. Krzepkie. Idealne wśród upalnego, letniego dnia. Konkretne piwo. Bo na przykład jabłuszko było raczej kompozycją babską, na plotki z koleżankami. Chociaż tutaj zauważę, że mimo deklarowanego dolania soku ze stu milionów gatunków jabłek tradycyjnych (vista bella, lobo, antonówka, coś tam jeszcze), napój nie zyskał tej okropnej słodkości tak charakterystycznej dla piw owocowanych. Brawo, Kormoran!

Nie potrafię pisać recenzji kulinarnych, więc przejdę do następnego produktu. Ten jednak nie pochodzi spod znaku dziedzictwa (przynajmniej ja nic nie wiem na ten temat). Są to najlepsze na świecie chrupki (było piwo, są chrupanki). Zdjęcia nie są ładne, bo byłam głodna.



Mazurki pochodzą z Giżycka, nazywanego niegdyś stolicą letnią wypoczynkową. Nie jest to wybitnie interesujące miasto, ale nie narzekajmy, warszawiakom może się podobać - jest jezioro, jest żegluga, jest punkt widokowy... Ale o łabędziowych chrupkach. Opakowanie jest wsiowe, nie oszukujmy się. Ponadto, takie rzeczy trzeba lubić, żeby cieszyć się biesiadą. Są one bezsmakowe, nie nadano im aromatu, nie pokropiono niczym. Suche, bose, kukurydziane chrupki. Wtajemniczeni wiedzą również, że tego typu artykuły niosą ze sobą wartość edukacyjną. Jakoś nigdy nie trafiłam na stare, ale stare są twarde i okropne, warto więc zmierzyć się z datą produkcji. Świeże natomiast idealnie nadają się do budowania różnego rodzaju zwierzątek i innych pierdół (nie wiem, czy jest sens zamieszczać instrukcję DIY). Do tego wszystkiego dochodzi również kwestia dietetyczności, lekkostrawności i dobrego samopoczucia. Zapchaj się, człowieku, chrupą, a od razu humor ci się poprawi.

Żeby zakończenie tego posta jakoś połączyć z rozpoczęciem, oto jest wspomniany t-shirt herbowy faszerowany moją dulczącą* osobą:


*Znaczenie dulczenia w gwarze mazurskiej lekko odbiega od definicji ogólnie znanej. W tym przypadku oznacza przypatrywanie się czemuś w głupi sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.