piątek, 27 kwietnia 2012

Specjalna okazja

Post sponsorowany, pełna prywata. Kącik kradzionego zdjęcia na 100%.

Misieju, z okazji egazminu! Wynik nie jest ważny, liczy się hart ducha.


Wiersza nie będzie, gdyż talenta moje rymownicze chwilowo uśpione. Ale żeby nie było, że nie ma, jest substytut.
I nagroda pocieszenia:


Zdjęcie nr 1 - Taeyang. Zdjęcie nr 2 - Lee Min Ho (Min Ho Lee, jeśli ktoś woli).

czwartek, 26 kwietnia 2012

Down down down down

Z bezkształtnego, męskiego t-shirtu M&S zrobiłam tunikę. Takie osiągnięcie. Z innych bezkształtnych t-shirtów zrobiłam kształtne. Co ja będę kupować dobre gatunkowo nowe, jeśli dobre gatunkowo z sh mogę mieć za 2 nowe polskie złote i przy odrobinie wytrwałości i chęci zrobię sobie z nich bluzki marzeń? Wymyśliłam sposób na glamour pagony, wypróbuję jak tylko pojawi się moja oczekiwana paczka. Gdzie jesteś, mała paczko? Te zakupy niestacjonarne...
Tymczasem obrazek o wdzięcznym tytule Co się wyprawia? -


Obrazek przedstawia w pewnym stopniu koncepcję oraz ilustruje postępy w ozdabianiu książęcymi główkami (i nie tylko) przemielonych męskich t-shirtów (i nie tylko).

Do następnego razu postaram się, sprężę w sobie i skończę "Film Grozy", który powstaje, a powstać powinien już dawno temu. Na zachętę strona tytułowa:


A teraz nowa, świecka tradycja. Nie będę codziennie i przy każdej okazji, ale od czasu od czasu. Konsekwencja wczorajszej rozmowy o Big Bangu.
Kradzione zdjęcie na deser - Seungri:


Sprawy i plany poukładane, wielki weekend nadchodzi.

środa, 25 kwietnia 2012

Nic dwa razy: wolność i trwoga

W ramach ilustracji występuje obrazek z cudownie odnalezionego zeszytu licealnego, język polski. Takie były czasy, że się miało zeszyt w kratkę do polskiego w ramach buntu, a w soboty chodziło do szkoły. Teraz pewnie nikt normalny by w dzień ustawowo wolny nie zrywał, ale to były inne czasy. Teoretycznie dobrowolnie w te soboty przychodziliśmy. Teoretycznie. Jeśli chodzi o ilustrację - nie wiem, co poeta miał na myśli. To pewnie było coś z Gombrowicza. Tak zgaduję.


Ja, jako zła siostra Kościuszka, odkrywam właśnie drugie, prawdziwe dno różnego rodzaju baśni.
Drogie moje, szanowne (statystycznie więcej płci żeńskiej tu goszczę, więc statystycznie się zwracam), nie chodzi w baśniach, że żądze, że jakieś ukryte  znaczenia z notesu Zygmunta F. i psychologia histerycznej ciąży. Nic z tych rzeczy. Prawdy zawarte w baśniach są o wiele prostsze.

Wszystko zaczęło się od myślenia o Hanumanie. Drogą dziwnych skojarzeń dotarłam do tysiąca i jednej nocy (ale myślałam przez noc tylko jedną, więc jestem bystrzejsza niż Sindbad Żeglarz). Jaką prawdę niesie baśń o Szeherezadzie i królu Otello-Na-Skalę-Masową? Prawda jest taka, że jeśli chcesz stworzyć szczęśliwy związek, musisz facetowi bajki opowiadać.
Siłą rozpędu zaczęłam rozmyślać o baśniach kolejnych.
"Mała syrenka" (ale ta smutna, prawdziwa) - jak kobieta przez trzy dni nic powiedzieć nie może, odezwać się słówkiem nawet, to umrze. Potwierdzone badaniami - moja koleżanka kiedyś przez godzinę się nie odzywała i głowa zaczęła jej pękać w szwach. Całe szczęście, że eksperyment przerwała.
"Kopciuszek" - w dobrych butach daleko zajdziesz. Obuwie to jest też jedyna trwała rzecz w życiu. Całe wyczarowane cuda rozpłynęły się wraz z wybiciem północy, a buciki kryształowe pozostały w formie niezmienionej. Czy nikogo to nie zastanowiło? Dynia wróciła do normy, suknia zmieniła się w łachman, a buciki niet - jak wróżka wyczarowała, tak się ostało. Warto inwestować w dobre buty.

Miał być temat inny, lecz paczka nie dotarła. Mam nadzieję, że do piątku się pojawi, przerwie marazm, promień słoneczny mroki prześwietli do suchych kości.
Na koniec portret przedstawiający twarz moją poczciwą. Metodą węgla promieniotwórczego datuję na rok 2005.


Nostalgia.
Następny post będzie już popaczkowy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Kawałek dzikiej przyrody

Na wstępie, bardzo krótko, obrazek dedykowany:


Komu dedykowany, ten wie. To w podziękowaniu za otrzymany tak zwany tank top, biały. Teraz mogę się wystroić jak Chris Tucker w "Money Talks" i śpiewać "My First My Last My Everything" lepiej niż Barry White. Ale tak naprawdę, przyozdobię sobie odzież tę. Chociaż biały to dobry kolor. Muszę się zastanowić.

Niektórzy robią wiosenne zdjęcia kwiatków. Ja wolę żywsze obiekty.



Nie koziołek, nie biedronka. Kumak. Prawnie chroniony, chroni się również sam. Ja nic nie zrobiłam, to wygięcie to naturalne zachowanie sprzyjające odstraszeniu wroga. Nie znęcam się, szanuję, lubię i podziwiam. Kumaki są też ubarwione są ostrzegawczo, co dodaje efekt przytupu do czynności odstraszającej. Moje ulubione płazy. Zdecydowanie.

sobota, 21 kwietnia 2012

Dzień skończony


Na wstępie pragnę serdecznie polecić przepis na ciasto marchewkowe, który znalazłam u Katie. Zobaczyłam, upiekłam, zjadłam. Pyszne!
Zainspirowałam się. Wrzuciłam marchewki do mojego keksowego ciasta babkowego i powstały twory takie:



Dodałam jeszcze czekoladowych kropek ozdobnych, przypraw (cynamon, gałka, goździk), krem z przepisu marchewkowego. Proporcji zupełnie nie pamiętam.

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Po wielu przygodach, ukończyłam wiosenne przestawianie mebli połączone z wykopaliskami. Wykopaliska dosłowne, ponieważ znalazłam dinozaura.

czwartek, 19 kwietnia 2012

It won't work

Because there's nothing left to break
Anymore

Przemyślenia moje na temat: ludzie, którym nadmiernie się nudzi. Ja tam się nie nudzę, a jak już zaczynam, to się rzucam w rosyjską literaturę i zajmuję umysł w znacznym stopniu. Plotki? Co robią moi znajomi i dlaczego mi się nie spowiadają? Kto się rozwiódł, a kto zmienił pracę? Nie obchodzi mnie. Róbcie sobie, co chcecie, małomówny Hiszpan ma ciekawsze przygody, moim zdaniem. Ale to nie tak, że mnie nie obchodzi. Obchodzi, czemu nie? Ja sobie tylko mózgu nie zawracam domysłami, śledzeniem, tropieniem... Jeśli ktoś chce się wysłowić - proszę, ja z uchem otwartym czekam. Ale ludzie nudzący się, co to życia swojego nie mają, wciskają się w każdą szczelinę i każdą dziurką od klucza oko zapuszczają, powinni na przymusowe roboty w kopalniach odkrywkowych na Syberii wyjechać. Ludzie! Czy wy naprawdę nie macie, co robić? (Retorycznie pytam, co nie? Nie tych, co trzeba.) Co komu do jemu, co jemu do komu, for crying out loud!

Bystre oko wypatrzyło w tym uroczym wstępie ważną informację. Otóż rzuciłam się w fale "Cichego Donu". Teraz się tłumaczę - słyszałam to, albo mi się śniło - moja znajoma myślała, że "Cichy Don" to opowieść o małomównym mieszkańcu Madrytu, lub ewentualnie jakiejś wsi pobliskiej. I Paulo Coelho pewnie autorem. Ta sama osoba (tak mi się wydaje) uwielbiała metaforę o Polsce i rzodkiewce. Znamy, uczyliśmy się historii. Polska jest jak rzodkiewka - zielona na górze, a reszta pod ziemią*. Można powiedzieć, że każdy człowiek ma kogoś takiego w gronie znajomych - duża wyobraźnia, roztrzepanie i urocze faktów przemieszanie. Wiadomo, że w kościele biją, ale nie wiadomo w którym.

Przerwa na obrazek. Oczywiście, że kradziony. Kradzione nie tuczy.


Powinnam pewnie wyjaśnić, dlaczego akurat ten bohater. Ale bez przesady. Jak się aluzję wytłumaczy, to już nie jest aluzja.

A teraz o figurach. Retorycznych. I geometrycznych. Lubię symetrię. Sobie nawet niedawno coś tam czytałam z tego zakresu. Nie wszystko, co człowiek pisze, to szczera prawda i fakt, może bardziej "Fakt" i sensacja. Ja tam, poza symetrią, lubię jeszcze barok. Ale taki biedny barok, śmietnikowy. Czasami stylistycznie coś zbudować. Hiperbolą dźgnąć kogoś w plecy, peryfrazę namazać na pół strony, lipogram, którego nikt nie zobaczy. Razem z zardzewiałą puszką wygrzebie się z tego barokowego śmietnika jakiś kolokwializm. Elipsę wykulać jakąś...

Jak się żenić, to się żenić, a jak ciupać, to ciupać. Wypłynęłam na pustego przestwór oceanu, czyli potęga internetu. Już było o grzebaniu w śmieciach, to powtórzę - grzebię w śmieciach w poszukiwaniu puszek, które sprzedaję i mam na tanie wino metaforyczne. Ja nikogo nie chcę obrażać, ale mam za bardzo rozwinięte poczucie humoru. Takie okrutne. Rozbawiają mnie kwiatki typu: Zgodnie z art. 2 kodeksu karnego za wstawianie niemiłych komentarzy grozi odcięciem internetu na okres 2 lat. Rozbawiają mnie tytuły z kropką na zakończenie, rozbawiają mnie sukienki od Dior'a. Ja nie wiem, czy w szkołach nie uczą, chyba nie... Wzdycham sobie tylko i nie czuję się tak źle. Zawsze mi się wydawało, że jestem niepełnowartościowa na umyśle, ale zawsze można sobie w sposób podły samoocenę podbudować. Myślę, że pójdę siedzieć na 2 lata, gdyż jestem niemiła.

Teraz będzie kolejny obrazek, również zrabowany (wydłużam sobie wyrok). Pan Koreańczyk z garścią sztucznych kwiatków:


Co ja się wygłupiam? Następnym razem o czymś sympatyczniejszym napiszę. O książkach, które nie zmieniły mojego życia... Albo jakieś dzieło wykreowane przedstawię. Ciastka zrobię. Coś fajniejszego, niż marudzenie umysłu tańczącego konwulsyjnie.
Na koniec ten sam pan Koreańczyk, w gratisie dla Pewnej Osoby:


Dobrze się wklejają, więc jeszcze jeden:


Postną gwiazdą jest Lee Hyun. Jako ciekawostkę oczywistą dodam, że śpiewa wzruszające piosenki.

*Dla ułatwienia, złote myśli Wielkiego Umysłu wyróżniłam pochyłością.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Bez skrzydeł ponad samolotami

Na na на...
Jak się zna za dużo Ań, robią się problemy. Wszyscy zawsze myślą, że to jedna Ania, a to na przykład trzy Anie, albo i więcej. Zatem każda moja Ania jest otagowana w odpowiedni sposób. I ja głośno myślę, że muszę Ankę namówić, ale myślę, że Ankę C, dużo ludzi myśli, że Ankę A, a jeszcze kilka ubzdura sobie, że Ankę B. Losie! (Albo z kreseczką...) I po co się wtrącać, domyślać? Ania jest imieniem popularnym, niestety. Żeby utrudnić życie jeszcze bardziej - moja siostra ma na imię Ania, i jeśli ja mówię o jakiejś Ani, domyślnie oczywiście siostra. Nie, proszę szanownych, wcale nie! Nie samą siostrą człowiek żyje. To jest straszne, jak się człowiek zaprzyjaciółkuje z kimś, kto ma na imię jak siostra. Koszmar. Ja się już wcale nie będę imiennie odzywać. Tytuły szlacheckie miały jednak sens. To znaczy, że Izoldy miały swoje przydomki. Była Izolda Blondyna, była Izolda Tipsiara. I nikt się nie pomylił. Nigdy.

Dla przerwania smutku narzekań i niedomówień: kolorowe zdjęcia broszy skręconej dosłownie w 3 minutki. Potrzebowałam czegoś, co przyozdobiłby zgrabny żakiet podkreślający mój brak figury. Się narodziło:





Tradycyjnie klik na obrazku powiększy go. Jej ozdobność nazywa się Lecę w kosmos.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Wonderful wonderful life


Lubię piosenkę "Forever Not Yours". To straszne. Lubię dużo strasznych piosenek. Wstęp ten wprowadza w klimat słoneczny lekko, ale nie za mocno. Na tym oto właśnie wstępie podziękowania za zdjęcia (teraz głosem "stop pneumokokom"), gdyż nie są moją własnościom - stop pneumokokom, nie kradnij zdjęć, lecz jeśli ktoś ci je podaruje, lansuj się jak trza. (Koniec "pneumokoków".) Kolejne ukażą się następnym razem. Będzie szał Mariana. Ale to ja, tak, to moja osoba występuje na wspaniałym tle jeziora Kirsajty (strzelam, że Kirsajty, bo nigdy nie pamiętam).

Radosny przytup dnia powszedniego - konsumencka opinia liczy się. Jakiś czas temu napisałam do producenta mojej ulubionej mąki. Odpowiedzi nie otrzymałam, ale zauważyłam, że sugestia moja wcielona w życie została. Chodziło mi o to, że torebki były zaklejane zbyt mocno i przy otwieraniu rwały się straszliwie. Teraz z czystym sumieniem mogę polecać mąki jako idealne inside and out. Produkt jest jednak regionalny i raczej niedostępny na terenie całego kraju. Mam nadzieję, że lokalny młyn urośnie w siłę i dizajnerskie opakowania zagoszczą pod każdą strzechą. Na zachętę wrzucam zdjęcia ukradzione ze strony producenta:



Kolejne radości. Teraz te niekoniecznie zrozumiałe dla ludzi o mózgu niezmąconym azjatyckim popem. Po doskonałym Tablo odnalazłam kolejną porcję dźwięków, na których ucho zawieszam z przyjemnością. Recenzji pisać nie zamierzam, bo z tym u mnie jak z interpretacją wierszy - radzę sobie tylko z Puszkinem. Warto zatem posłuchać samodzielnie i przekonać się, czy kłamię, czy gust jeszcze mi się nie przemielił. Nienachalnie zachęcam: Nell - Beautiful Stranger.

Mieniących szkiełek ciąg dalszy, czyli fragment postępów w koralach koloru różnorodnego:


Po weekendzie zrobię zakupy, które planuję już od pokoleń i naszyjne ozdoby zostaną ukończone.
Przy okazji robienia porządków w moim archiwum rupieci, znalazłam jeszcze trochę koralików, które z pewnością zamienię w podobne cukierki.

Przyczajam się na jakiś film/serial kostiumowy, najlepiej europejski, ale jeszcze nie znalazłam niczego ciekawego. Interesuje mnie akcja rozgrywająca się w XVIII, XIX, lub na początku XX wieku. Jeśli komuś zaświta coś w mądrej głowie - proszę się nie krępować.

wtorek, 10 kwietnia 2012

A pretty day makes a pretty picture

Nie będę o słonku, niemrawej wiośnie, drugim sezonie "Gry o tron", czy innych tam rzeczach pisać. Będą kolorowe obrazki. Malutko, bo dopiero niedawno zaczęłam cuda składać. Trzeba się wyrwać z zimowego zamotania, trochę ładnych rzeczy zrobić. Będzie więcej. To będzie wiosna ładnych rzeczy.



Drugie zdjęcie jest takie glamour, przekombinowane. Następnym razem zrobię lepsze. Dla wyjaśnienia - to są naszyjne ozdoby. Nie są gotowe, bo nie mam zapięć jeszcze, szukam odpowiednich, pewnie około tygodnia, dwóch mi to zajmie, jeszcze tempo żółwia Franklina, ale prognozy są obiecujące. Będę sprzedawać zapewne. Tylko skończę. Tak dużo mam do skończenia! Zaczęłam milion rzeczy, ale skończę. Krok po kroku. Wiadomo...

Na koniec pozdrawiam K. - najlepszego współtrolla.


czwartek, 5 kwietnia 2012

Banana Puri

W czeluściach sieci można znaleźć rzeczy ciekawe, wartościowe, rozwijające. Trochę przypadkiem znalazłam Kuchnię Manjuli. Chciałam wiedzieć, jak robi się chlebki naan. Szukałam na yt, bo chciałam zobaczyć dokładnie. Za pierwszym razem trafiłam na pana z ADHD, którego zupełnie nie mogłam zrozumieć. Usłyszałam tylko "Namaste" i "gralic" gdzieś pod koniec. Lingwistycznie słabo jestem rozwinięta. Ale nie poddałam się tak łatwo. Drugi strzał w ciemno przyniósł sympatycznie wyglądającą panią, mówiącą powoli, opisującą dokładnie. Zamiast chlebków naan postanowiłam zrobić smakowite, deserowe puri. Może nie wyglądają efektownie, ale nie od dziś wiadomo, jaki potencjał drzemie w kopciuszkach.



Pierwotny skład wygląda tak:

1/2 cup ripe mashed banana (about 8" long banana)
1/2 cup sugar
1 tablespoon melted ghee or butter
1/8 teaspoon crushed cardamom powder
Pinch of salt
3 tablespoons coarsely ground almonds about 18 almonds
Approx ¾ cup whole-wheat flour
Approx ¾ cup all purpose flour
Oil to fry

Po przeliczeniu (mogę się mylić):
120 ml rozgniecionego banana (z 1 średniego banana)
120 ml cukru
15 ml roztopionego ghee albo masła
5 ml mielonego kardamonu (albo łyżkami można jechać, co tam zmyślać)
szczypta soli
3 łyżki mielonych migdałów (nie mam młynka, kupuję miazgę, ale jak ktoś lubi, ma możliwość, niech zmieli sobie około 18 migdałów)
ok. 160 ml mąki razowej (pełnoziarnistej)
ok. 160 ml mąki zwykłej
olej do smażenia

Moje uwagi: mąki wsypałam po 200 ml, kardamonu pół stołowej łyżki, masła na oko odkroiłam (około 1 cm z wąskiej strony kostki). Jeszcze o mące - użyłam zwykłej pszennej oraz pszennej graham.

Te miary obce dobijają. Gdybym nie była łasa na jedzenie egzotyczne, pewnie olałabym widowiskowo i nigdy nie zrobiła. Instrukcja wykonania dostępna tutaj. Moimi słowami wygląda to tak:
Trzeba też pamiętać o mące do toczenia! Nie została uwzględniona w składnikach, więc trzeba garściami sobie posypywać.
1. Obieramy banana, kroimy w plasterki i miażdżymy niczym Rocky przeciwnika na ringu. Widelec jest przydatny.
2. Dosypujemy cukru, soli, migdałów, kardamonu do bananowej masy, zalewamy masłem. Mieszamy dokładnie.
3. Do nieatrakcyjnej mazi dodajemy mąki. Jednej i drugiej. Nie dyskryminujemy. Znowu mieszamy, jak Alexis w życiu Blake'a. Dla ułatwienia mieszania, można naolejoną ręką wszystko połączyć przepięknie (jak Manjula).
4. Po wymieszaniu odstawiamy masę na około 2 godziny (ja odstawiłam na 1 w lodówce). W tym czasie oglądamy serial, relaksujemy się.
5. Dzielimy odleżaną masę na 4 równe części. Formujemy ufa (ufy? 4 razy ufo), obtaczamy w mące i wałkujemy. Rolling in the deep. Nie należy wałkować zbyt cienko. Posypywać mąką w razie klejenia. Ja wałkowałam tylko na początku, pierwotne, duże placki, a następnie już płaszczyłam za pomocą dłoni.
6. Wycinamy kółeczka, forma do ciastek wskazana. Jak widać na załączonych obrazkach, można posłużyć się różnokształtnymi foremkami.
7. Rozgrzewamy olej. Jak do pączków.
8. Smażymy puri. Niechaj staną się brązowiutkie. Jak pączki. Smażą się bardzo szybko, trzeba ich dobrze pilnować.
9. Czekamy aż ostygną - zimne robią się kruche oraz smaczniejsze - kardamon, migdały i banan uaktywniają się wtedy.
10. Zjadamy. Możemy się podzielić z przyjaciółmi, rodziną. Myślimy o Christianie Bale'u, który schudł do "Mechanika", a nie o Renée Zellweger, która przytyła, by być bardziej wiarygodną Bridget. To nam pomoże się dzielić. A warto o tym pamiętać, ponieważ jedzenie puri wciąga.
Nie jest wskazane łączenie z czymś - lodami, sosami, czekoladą. Bose puri są najlepsze. Chociaż to chyba kwestia gustu.


środa, 4 kwietnia 2012

A Walk Outside

Zdjęcia trochę bez namysłu robione, ale później pomyślałam sobie, że można styl narzucić. Pomyślałam sobie o filmie "Mechanik", na którym po połowie zorientowałam się, że coś jest nie tak z kolorami, że efekt mroczności, filtr grozy, smutku i wynędznienia został narzucony. Może ja tak właśnie widzę świat, że nie zauważyłam? A może świat tak wygląda? I cała ta kolorowość przepiękna jest sztuczna? Nie wiem. Wiem za to, że teraz, obecnie, w tej chwili, o tej porze roku, za oknem mam "Mechanika". Na wiosnę powinny się dziewczęta zainspirować tym dziełem. Właściwie postawą aktora. Schudł, biduś, do tego filmu tak, jak wy, dziewczęta, do lata nie schudniecie. Nie dacie rady. Zaprawdę, nie ma szans.



niedziela, 1 kwietnia 2012

Mejdżer Kałalski

Udawałam już, że piszę recenzje filmów, to teraz coś podobnego. Jest sobie taka pani piosękarka, Katy Perry, i sobie śpiewa, co nie? I któregoś razu zaśpiewała pieśń zatytułowany "Part Of Me". Brzmi jak wszystkie jej pozostałe utwory, ale z brzmieniem nie będę dyskutować. Niech sobie będzie. Jest za to jeszcze music video. Skupię się na historyjce tam zawartej. Tutaj link, jeśli kogoś interesuje i chce się zapoznać. Ja i tak opowiem.
Mamy takie coś: jest sobie kobita, girl amerykański, co się rozczarowuje związkiem z facetem-kłamczuchem. Tam ją pozdradzał, czy coś. No i uderza w płacz wewnętrzny, zrywa, zostawia go. Wiekuiście. Piosenka jest w sumie o tym, że ona taka niepodległa, niezniszczalna i chłop jej nie unicestwi. Co robi bohaterka? Kupuje piwo i orientuje się w ogłoszeniu: Wstąp baba do woja. Wstępuje, a co? Silna jest, independent! Rzeczywiście, piękny pomysł. Takie decyzje podejmowane pod wpływem emocji i żalu działają na mnie odchudzająco. Żal ściska pewną część ciała, w której gromadzę muzykę Rihanny i Katy Perry właśnie. Katy podobała mi się jako ufoludek. Tylko.
Zapomniałabym! Bohaterka obrzyna sobie włosy tępymi nożycami, co każdy nawet podrzędny psycholog uznałby za akt samookaleczenia. Jest mi źle, jest mi smutno, ciachnę po kłakach. I to jest destrukcja, niszczenie się. Ja planuję taką destrukcję, btw, ale to nie będzie samookaleczenie, bo ja planuję, wybieram koncepcję, chcę jakoś z sensem się ostrzyc, a nie takie w kiblu na stacji benzynowej. Kto zainteresował się, niech poszuka sobie o rytualnym obcinaniu włosów. Czy żałoba, czy jakieś inne przykre wydarzenie, wiele systemów to kultywuje. Bardzo śmieszne, moim zdaniem, chociaż nie należy się śmiać.
Bohaterka porzuca sukieneczki, odziewa się w groźny mundur i rozpoczyna trening. Demi Moore, heh... Też mi zemsta na facecie zdradliwym. Jeszcze tylko dodam, że ktoś te garście włosia musi posprzątać. Rozrzucanie ich po całej przestrzeni szaletowej jest wyrazem szacunku dla ekipy sprzątającej. Poza tym osoba odpowiedzialna za porządek nie wchodzi do kibla po każdym kliencie. Wyjdzie taka bohaterka, po niej ktoś inny tam się znajdzie i co? Ja mam koleżankę, która ma fobię, panicznie boi się włosów ściętych, wolnoleżących. Chyba by na zawał zeszła. Bardzo nieodpowiedzialne zachowanie.
Sprawa kolejna - bandażowanie cycków. Czy my jesteśmy w Chinach, w filmie o Żebrowskim-sybiraku? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że kobiety-żołnierze takie średniowieczne metody stosują. Tak brzydko jeszcze to zrobiła. Przecież niewygodnie. Są sportowe staniki na świecie. Przemysł bieliźniany to nie tylko diamentami wysadzane Victoria's Secret do których trzeba stelaż z husarskimi skrzydłami nosić.
Co mnie razi w wojskowych filmach? Ja nie wiem, czy to taka hollywoodzka maniera, czy tak jest naprawdę... To krzyczenie do ucha i odkrzykiwanie. Ja nie rozumiem.


Są wozy opancerzone, są helikoptery, jest musztra i wszystko. Szał Mariana, jednym słowem. Dwoma.
W tych wszystkich ćwiczebnych i bitewnych okolicznościach bohaterka ma twarz przepięknie wyszpachlowaną, mucha nie siada.
Pojawiają się również przebłyski z jej przeszłości ze złym chłopem. Była szczęśliwa, całe serce mu na pożarcie oddała. Ale nie tak do końca całe. Bo przecież jej nie odbierze czegoś tam, nie dała się, odeszła i została prawdziwą bohaterką, co tańcuje sobie pod flagą imperium amerykańskiego. Jeździ z brygadą z refleksją na twarzy, aż w końcu zaczyna się uśmiechać. Cały swój gniew i frustrację ukierunkowała. Poświęciła to, by zostać wzorową żołnierką. A ten facecik śmieszny jest, gdyż listy pisze literami tak ogromnymi, że nawet sześciolatek by się śmiał.
Nie ze mną te numery. Całość jest słaba. Bardzo. Nie trafia do mnie, nie przekonuje.

Margines: Ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że jeśli zacznę słuchać k-popu, nie będzie już powrotu. Rzeczywiście, nie ma.