piątek, 23 marca 2012

Dzieduszka i babuszka oglądajut telewizju


To będzie tekst o filmie, którego tytułu nie jestem pewna. "1920 Bitwa Warszawska". Wiekopomne dzieło, tak. Jerzy Hoffman, ten sam, który udziergał "Prawo i pięść". Spoilery zamieszczę, więc jeśli ktoś ma zamiar oglądać arcydzieło batalistyczne, proszę odejść w pokoju.
Od tego trzeba zacząć, że spodziewałam się cicho czegoś zabarwionego komediowo. Bo wiadomo, Szyc. A tu nic śmiesznego. Podświadomość zaniepokojona, ale sumienie spokojne. Uff... Teraz jednak wstawię obrazek bardziej zgodny z tytułem. Tytuł jest cytatem z lingwistycznie uzdolnionego znajomego. Ale to inna historia. Się wplecie ładnie w gawędę moją. Uwaga, obrazek:


Teraz już całkiem od początku. Film jest makabrycznie niespójny, nierówny, nie na wszystko. A jak samolotami, sorry, aeropłanami latają, to się wydają naklejeni na niebo, jak Paris Hilton do sytuacji. Właściwie dużo jest scen jak Paris Hilton. W miastach, na ulicach... A z drugiej strony, sceny batalistyczne wyglądają jak Panorama Racławicka. Za każdym razem. Jakiś tam nibyczołg przemknie, ale mimo wszystko - jesteśmy we Wrocławiu, stoimy sobie na tym ślimakowym podeście i pani zaraz powtórzy po raz tysięczny, że zdjęcia bez błysków, że proszę biletu nie wrzucać w krzaki i nie macać tych krzaków przez barierkę. Na marginesie - drugie zdjęcie wybrałam ze względu na uszatą główkę jamniczą. Teraz proszę wycieczkę o przypatrzenie się i wszyscy się rozczulamy. Ooooo... Serce roście, patrząc na jamnika. Taki to mój rasizm. Jamniki najlepsze są. I film "1920 Bitwa Warszawska" był zły, gdyż tam jamnika nie było. Mój ulubiony serial? "Arabela". Bo jest jamnik, a nawet dwa w pewnym momencie. Film - "Jak działa jamniczek". W tytule nawet jest. A jak działa bitwa warszawska? Już opowiadam.
Tańcuje Natasza Urbańska, bo cóż innego ta dziewczyna może robić? Śpiewać może. Więc śpiewa. Zakochać się? Pewnie! Ma nawet oficjalnego ukochanego. Długo zastanawiałam się, dlaczego nie jest to Adamczyk lub Karolak, ale doszłam do wniosku, że papież lub człowiek od wszystkiego odpadli z względów estetycznych. Lub innych. Ostał się Borys Szyc. Imię jak dla bolszewika, więc dostał Janek. Pożenili się z Nataszą, znaczy Olą. Bardzo szybki ślub, pan młody nie miał nawet czasu na przedweselnego kaca. Może to i lepiej? Poszedł na wojnę, a babka zaczęła świrować, że on tam umrze. Chciałam jej powiedzieć - spoko, jesteście w ukrytej kamerze, jeszcze ponad godzinka filmu, będziecie się zmagać z przygodami, a pomrzeć możecie na koniec. Ale nie pomarli. Bohaterowie nie umierają.
On tam walczył, dostał się do niewoli, tekturowe wioski zwiedzał, dziwował się, kształcił światopogląd, rozczarowywał... Nawiązanie do mojego tytułu. Rosyjski w tym wspaniałym filmie jest na moim poziomie. Poważnie. Na poziomie "dzieduszka i babuszka oglądajut telewizju". Aż przykro słuchać. Czasami się jakiś lepszy trafi, ale generalnie oni mówią tak biednie, jak Marusia-Oganiok z "Pancernych". Nie dziwię się, że tej wojny nie wygrali. Ze śmiechu spuchnąć można od słuchania rozkazów. "My idziom teraz na Warszawu". Jakoś tak mówią. Już o akcentach nie wspomnę. To, że ja mówić nie potrafię, nie znaczy, że nie wiem, jak to ma brzmieć.
Wojownicza księżniczka, czyli sprawa kolejna. Coby się nie załamać, Ola też idzie na wojnę. Bo chłop zagiął, może zdradził ojczyznę, różne informacje do młodej żony dotarły. Zakasała rękawy, zaciągnęła się. Lepsza niż Doda - nie dość, że śpiewa, tańczy, macha cudzymi sztucznymi rękami po amputacji, to jeszcze wygrywa bitwę, którą przeżywa właściwie tylko ona. Ani bolszewik się nie ostał, a Polaków jakoś też zmiotło. Niby kawaleria, ale ja nie wierzę. To ona - li i jedynie, ocaliła kraj. Cud!
Ja się dziwię, że Olbrychski był marszałkiem Piłsudskim. Jak można powierzyć taką rolę osobie, która Angelinę do ruskiego wywiadu wciągała? Nie, nie lubię go. Tylko o to mi chodzi. Nigdy go nie lubiłam, chociaż aktor dobry. Ale ma taką manierę, tak mówi, że ja go nie polubię nigdy.
Albo Ferency. Odwalił cztery słownie lata w "Niani" jako lokaj, więc się nie dziwię nawet, że w końcu stanął przeciw burżujom i czekistą został. Ja tylko proszę, niech on nie gaworzy pa ruski, bo o pomstę woła. To było tak - Sofia Nikołajewna słuchać go nie mogła, więc zastrzeliła, jak się tylko okazja trafiła.
Na zakończenie pragnę dodać, iż film nie podobał mi się. Jest to film Hoffmana, którego kiedyś nominowano do Oscara, jak mówią legendy, lecz nie przemawia to dzieło do mnie. Ja, młody widz, powiedzmy, znajduję podręcznikowe treści, jeszcze niezapomniane. Malowniczo nie było, bo wiadomo, krew się polała, ale mimo wszystko mam wrażenie, że patrzę na wspomnianą panoramę. Kręcimy się w kółko, zły jest zły, a dobry zwycięża. Jednowymiarowo. Janek-bohater nawet nie jest komunistą prawdziwym, a mógł być, dla ciekawszego efektu. Przeintelektualizowanym komunistą. Ola-bohaterka jest wielofunkcyjna. Uczy, bawi, wychowuje. Wszystko na tle papierowym. Może ja się nie znam? Pewnie, że się nie znam. I tak sobie na końcu pomyślałam - znaleźli się w lazarecie, nieboraki. Love, love, kiss, kiss. A tu nagle okaże się, że gangrena i po gołąbkach. Miałam nadzieję, że chociaż ten zdegradowany coś napsuje, spotka bohatera na froncie, pokrzyżuje trochę planów, zemści się. Nie wykorzystano tej postaci jak należy. Miał potencjał. Bieda...
Wniosek końcowy. Film "1920 Bitwa Warszawska" wygląda jakby kilku (kilkunastu) znajomych zebrało się przy grillu i stwierdziło:
- Pobawmy się w bitwę warszawską!
- Może zrobimy teatrzyk? - zaproponował ktoś.
- Ej, mam kamerę, zróbmy film! Puści się na yt... - wykrzyknął następny.
- Tam na yt, do kina wejdźmy, w końcu nazywam się Reżyser! - oburzył się inny.
- Nic z tego nie będzie, Boguś się w 3D zaprawił, powiedział, że nie będzie grać. Dogorywa gdzieś - zasmucił się kolejny.
- To robimy w 3D! - ucieszył się pomysłodawca.
I tak już zostało.

poniedziałek, 19 marca 2012

Śniadanie leniwych mistrzów


Kolejny przepis dla leniwych. Ja nie jestem kimś, kto lubi się wygłupiać i sterczeć godzinami nad wykwintnym daniem. Zrobiłam to tylko raz w życiu, sukcesu nie było, nie zmotywowało mnie. Uczmy się na klęskach, nie popełniajmy więcej błędów. Leniwi zazwyczaj szybko się uczą.
Pancakes. Grube, pożywne, piękne naleśniki. Przepis wyjściowy był trochę bardziej wymyślny, z upływem czasu okroiłam go trochę. Z przepisami jak z literaturą - najmniej skomplikowane dzieła są najlepsze. Nie przeginamy z formą, liczy się treść. W tym przypadku kończy się na treści żołądkowej, ale nie będę się rozczulać.

Oto receptura:
  • szklanka maślanki naturalnej (ale może być jogurt owocowy, wtedy mamy efekt owoców zatopionych);
  • pół szklanki zwykłej mąki;
  • pół szklanki mąki krupczatki (może też być cała jedna tylko szklanka normalnej, ale z krupczatką jest delikatniej, smaczniej, lepiej);
  • 2 (słownie: dwa) jajka;
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia;
  • może być cukier (przypuśćmy, że 3 łyżki), ale nie musi (ja ostatnio nie używam);
  • szczypta soli.
Żółtka oddzielić od białek, wymieszać z maślanką, następnie dodać mąkę i proszek do pieczenia. Dokładnie wymieszać. Dodać cukier, jeśli opcja z cukrem nas interesuje. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Jeśli nie ma się robota kuchennego, można wykorzystać jakiegoś chłopa, ale nie polecam - może ubabrać kuchnię, a tego nie chcemy, gdyż jesteśmy leniwi i nie chce nam się sprzątać. Zawsze można też chłopa do sprzątania pogonić, ale doświadczenie mówi, że oni rzadko słuchają słów rozpaczy. Cóż, ryzyko każdy musi sam kalkulować. Ubitą pianę mieszamy delikatnie z resztą masy. Gotowe!
Patelnie rozgrzewamy do silnego nagrzania, smażymy, konsumujemy na ciepło (zaleca się, lecz rozkazu nie ma).
Pancakes dobre są z cukrem pudrem, dżemem, marmoladą, czekoladą, miodem, syropem... Ja najbardziej lubię z mango chutney - wbrew pozorom pasują do siebie idealnie. Można też wrzucić do ciasta banany pokrojone w plastry i smażyć z nimi w środku. Co do tłuszczu smażącego - ja mam patelnię ekskluzywną, która nie wymaga, ale w przypadku patelni tłuszczowej - ilość jak do naleśników normalnych, czyli minimalna. Albo można troszkę oleju wlać do ciasta, też działa czasami.
Niby takie danie śniadaniowe, ale komu chce wstawać się wcześniej, żeby coś takiego robić? Na kolację też się nadają...