sobota, 31 marca 2012

Zmanierowane babeczki


To już robi się nudne. Dlatego dzisiaj zmanierowane zdjęcia.
Testuję różne kremy do ciast/tortów i może za którymś razem wkleję tabelkę przydatności.
Przepis ten sam. Tym razem jednak wystąpił krem czekoladowy lub czekoladowa polewa, a do obsypania kulki różowe i białe, migdały, wióry kokosowe, cukrowa posypka wielokolorowa oraz kiwi zielone. Nadzienie: dżem jagodowy, dżem truskawkowy + banan. Babki z bananem gorzej rosły. Być może istnieje jakaś zależność. Dżemu wrzuciłam na bogato, więc trochę się rozpłynął.





Babkowa piosenka na dziś:


czwartek, 29 marca 2012

Thinking About You Makes Me Want To Kill Myself

Napisałam opowiadanie. Zaczęłam właściwie, to się tak szybko nie skończy. Niestety, nie opublikuję. Z kilku powodów. Między innymi - mam wielu znajomych w odległości rzutu beretem, granatem, siekierą... Niby można napisać, że podobieństwo przypadkowe, bo nawet czasem tak jest, ale Wyspiańskiemu też nikt nie uwierzył.
Kiedyś wybierałam sobie tylko książki z obrazkami. Po co czytać coś bez ilustracji? Bez sensu. Chociaż jakieś naciapkane wizje schizofrenicznych ilustratorów musiały być. Trochę ciekawych rzeczy można znaleźć tutaj. Ale już bardziej współcześnie, kolorowo. Ja to jestem trochę z czasów Mariana Stachurskiego. Taka była maniera. Chyba że się na Szancera trafiło, albo russkie skazki (Ivan Bilibin ☺).
Zrobiłam ilustrację do mojego nieszczęsnego opowiadania. Póki co jedną. Koncept biegał za mną od jakiegoś czasu. Ekskluzywnie nie jest, ale to dopiero jedna z początkowych wersji. Oczywiście pewnie ktoś już wpadł na taki pomysł, nie jestem pierwsza i tralalalala...


Była to notatka na marginesie. Pruję teraz stare swetry, coś ciekawego pewnie pojawi się w kwietniu.

niedziela, 25 marca 2012

Nad błękitnym Nilem


Czasami wystarczy kamień, którego rzuci ten, co jest bez winy, i robi się lawina (la wina). W tym przypadku kamieniem było Życie bez poezji. Veni, vidi, z podboju nici. Ale po nitce do kłębka. Myślę sobie, jaki Świetlicki? Co to ma być? To znaczy pewnie, w Top Fajf by się znalazł, moim oczywiście, ale nie na szczycie samym. Zaczęłam zatem układać ten top.

Oto prezentuję dzisiaj nagle i niespodziewanie moją listę osobiście prywatną. Pięciu najlepszych poetów polskich zdaniem moim. Ale XIX wiek i w dół odpada. Nie będzie ekshumacji, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu, a poza tym młodzież wie, w szkole jest to wcześniej, dopiero XX wiek się po macoszemu traktuje, olewa i tłucze Żeromskiego, Baczyńskiego i Miłosza. Olewamy tych panów. Chociaż Miłosz ma u mnie miejsce na półce za "Dolinę Issy". Ograniczam się do polskich poetów dlatego, że poszerzanie skali o świat cały byłoby dużym utrudnieniem. Musiałabym mózg rozruszać, pewnie wypisać chociaż 10 nazwisk różnych, a nie mam cierpliwości. Moje oko czytelnicze widzi więc tak:

1. Julia Hartwig.

Coraz wyżej

Urodzeni na śmietnisku
ofiary siedmiu plag
obwołujemy co dzień zwycięstwo
Jeszcze dzień Jeszcze trwam
A śmietnisko rośnie i unosi nas w górę
ku nieśmiertelności

2. Edward Stachura. Drażnił mnie niesamowicie, ale już dorosłam do niego.

3. Julian Tuwim. Za osobowość i różnorodność. Taki człowiek kwiaty by dostał ode mnie. Albo szklankę wódki. Gimnazjaliści mają ekscytację, ale bez przesady. Też mi odkrycie. Po tylu latach się dopiero zorientowali?

4.  Marcin Świetlicki. Byłam kiedyś wielką fanką i przez to trzy razy musiałam nosić pracę zaliczeniową. Wszystko przez odwołania do Świetlickiego. Miało być o Balladynie, czy innym gamoniu.

5. Chciałam Zbigniewa Herberta, ale nie od strony poezji, więc się nie liczy. Kogo by tu wybrać? Myślę sobie, myślę. Gałczyński by się nadał. Albo Ginczanka. Zostawię wolne miejsce. Był też taki jakiś poeta, com szalała w młodości, ale szybko umarł i nie pamiętam już nawet.

Ja sama pisałam kiedyś też, owszem, poezję. Ale świat nie jest na to jeszcze gotowy. Poza tym nie mam czasu dobrze pomyśleć, zbudować jak należy. Z pamięci niczyjego niczego nie powiem, może Norwida troszkę, ale po doświadczeniach z "Litwą, ojczyzną moją" Mickiewicza, przeszła mi ochota na uczenie się. Jeszcze urywki z Witkacego znam, ale to z dzieciństwa bardzo młodego. Jedne dzieci śpiewały "Poszła Ola do przedszkola", a ja wraz z siostrami mojemi miałam inne rozrywkowe piosenki. "Małą Syrenkę" Disneya i "Szaloną lokomotywę" Grechuty znam na pamięć. Lecz o tej Litwie opowiem. Wiadomo, wszyscy w którymś momencie się tego uczą w szkole. I jest kawałek o "szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych" pagórkach i łąkach. Otóż rzeki mi się pomyliły. Moje się rozciągały nad Nilem. Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego dostałam tylko 3 za recytację.

sobota, 24 marca 2012

Hello hello hello

Wykopaliska w szafie. Znalazło się kilka rzeczy, których pozbyłam się bez żalu. Znalazło się kilka, których będę chciała się pozbyć. I kilka zapomnianych eksponatów, które tej wiosny zamierzam odkurzyć. Dzisiaj o butach należących do tej ostatniej kategorii.
Wiadomo, że w którymś momencie wyrasta się z mroczności i tych wszystkich śmiesznych rzeczy. W końcu słucha się Jeffa Bridgesa i rozwiązuje sudoku, porzucając występki młodości. Wiadomo, że nie będę już nosić tych butów w omroczniałym towarzystwie akcesoriów licealnych (należały do pierwszej kategorii już kilka sezonów temu). Innym okiem patrzę na nie. Pewnie teraz połączę ze złotymi legginsami i sukienką w kwiatki. Ale nosić często nie zamierzam, ponieważ straszliwie ciężkie są. Starzeje się człowiek, wygodny zaczyna się robić i lubi obuwie lżejsze, czasami bardziej ozdobne i odświętne, by nie napisać kościołowe.
Jeszcze tylko podzielę się refleksją na temat odzieży starobabskiej. Każdy powinien wiedzieć (lub wyobrazić sobie teraz), co ten termin oznacza. Uważam, że każdy wygląda źle w takich łachach. Czy starszy, czy młodszy, chłopak czy dziewczyna. Obojętne. I uważam również, że nawet jeśli się jest w wieku 50+ nic nie stoi na przeszkodzie, żeby torebkę w grochy nosić bez wyrzutów sumienia, mimo zgorszonego wzroku przechodniów. Tak, tak, przechodnie, gorszycie się paniami w wieku balzakowskim plus, które kolorów się nie boją, uciekają od dziwacznych beretów, płaszczy, spódnic, sweterków. A ja lubię na takie popatrzeć. Wiadomo, że fashion victim w każdym wieku jest tragedią na miarę Stadionu Narodowego. Żertwa mody, jak mówią na wschodzie. Podoba mi się to określenie - w pełni oddaje sens.



A teraz coś z zupełnie innej beczki. Weekendowy kącik kulinarny. Udoskonalam przepis babkowy. Proporcje mąki zostały zmienione. Przepis pierwotny znajduje się tutaj. Mąkę podzieliłam. To znaczy: do zwykłej mąki dodałam trochę krupczatki i okazało się, że to dobry pomysł. Jeszcze lepszym pomysłem było rozbicie 35 dkg mąki na 25 dkg krupczatki i 10 dkg zwykłej mąki. Efekt bardzo pozytywny. Ciasto jest mniej wydajne, ale za to smaczniejsze i puszystsze.


Jamnik w gratisie:

piątek, 23 marca 2012

Dzieduszka i babuszka oglądajut telewizju


To będzie tekst o filmie, którego tytułu nie jestem pewna. "1920 Bitwa Warszawska". Wiekopomne dzieło, tak. Jerzy Hoffman, ten sam, który udziergał "Prawo i pięść". Spoilery zamieszczę, więc jeśli ktoś ma zamiar oglądać arcydzieło batalistyczne, proszę odejść w pokoju.
Od tego trzeba zacząć, że spodziewałam się cicho czegoś zabarwionego komediowo. Bo wiadomo, Szyc. A tu nic śmiesznego. Podświadomość zaniepokojona, ale sumienie spokojne. Uff... Teraz jednak wstawię obrazek bardziej zgodny z tytułem. Tytuł jest cytatem z lingwistycznie uzdolnionego znajomego. Ale to inna historia. Się wplecie ładnie w gawędę moją. Uwaga, obrazek:


Teraz już całkiem od początku. Film jest makabrycznie niespójny, nierówny, nie na wszystko. A jak samolotami, sorry, aeropłanami latają, to się wydają naklejeni na niebo, jak Paris Hilton do sytuacji. Właściwie dużo jest scen jak Paris Hilton. W miastach, na ulicach... A z drugiej strony, sceny batalistyczne wyglądają jak Panorama Racławicka. Za każdym razem. Jakiś tam nibyczołg przemknie, ale mimo wszystko - jesteśmy we Wrocławiu, stoimy sobie na tym ślimakowym podeście i pani zaraz powtórzy po raz tysięczny, że zdjęcia bez błysków, że proszę biletu nie wrzucać w krzaki i nie macać tych krzaków przez barierkę. Na marginesie - drugie zdjęcie wybrałam ze względu na uszatą główkę jamniczą. Teraz proszę wycieczkę o przypatrzenie się i wszyscy się rozczulamy. Ooooo... Serce roście, patrząc na jamnika. Taki to mój rasizm. Jamniki najlepsze są. I film "1920 Bitwa Warszawska" był zły, gdyż tam jamnika nie było. Mój ulubiony serial? "Arabela". Bo jest jamnik, a nawet dwa w pewnym momencie. Film - "Jak działa jamniczek". W tytule nawet jest. A jak działa bitwa warszawska? Już opowiadam.
Tańcuje Natasza Urbańska, bo cóż innego ta dziewczyna może robić? Śpiewać może. Więc śpiewa. Zakochać się? Pewnie! Ma nawet oficjalnego ukochanego. Długo zastanawiałam się, dlaczego nie jest to Adamczyk lub Karolak, ale doszłam do wniosku, że papież lub człowiek od wszystkiego odpadli z względów estetycznych. Lub innych. Ostał się Borys Szyc. Imię jak dla bolszewika, więc dostał Janek. Pożenili się z Nataszą, znaczy Olą. Bardzo szybki ślub, pan młody nie miał nawet czasu na przedweselnego kaca. Może to i lepiej? Poszedł na wojnę, a babka zaczęła świrować, że on tam umrze. Chciałam jej powiedzieć - spoko, jesteście w ukrytej kamerze, jeszcze ponad godzinka filmu, będziecie się zmagać z przygodami, a pomrzeć możecie na koniec. Ale nie pomarli. Bohaterowie nie umierają.
On tam walczył, dostał się do niewoli, tekturowe wioski zwiedzał, dziwował się, kształcił światopogląd, rozczarowywał... Nawiązanie do mojego tytułu. Rosyjski w tym wspaniałym filmie jest na moim poziomie. Poważnie. Na poziomie "dzieduszka i babuszka oglądajut telewizju". Aż przykro słuchać. Czasami się jakiś lepszy trafi, ale generalnie oni mówią tak biednie, jak Marusia-Oganiok z "Pancernych". Nie dziwię się, że tej wojny nie wygrali. Ze śmiechu spuchnąć można od słuchania rozkazów. "My idziom teraz na Warszawu". Jakoś tak mówią. Już o akcentach nie wspomnę. To, że ja mówić nie potrafię, nie znaczy, że nie wiem, jak to ma brzmieć.
Wojownicza księżniczka, czyli sprawa kolejna. Coby się nie załamać, Ola też idzie na wojnę. Bo chłop zagiął, może zdradził ojczyznę, różne informacje do młodej żony dotarły. Zakasała rękawy, zaciągnęła się. Lepsza niż Doda - nie dość, że śpiewa, tańczy, macha cudzymi sztucznymi rękami po amputacji, to jeszcze wygrywa bitwę, którą przeżywa właściwie tylko ona. Ani bolszewik się nie ostał, a Polaków jakoś też zmiotło. Niby kawaleria, ale ja nie wierzę. To ona - li i jedynie, ocaliła kraj. Cud!
Ja się dziwię, że Olbrychski był marszałkiem Piłsudskim. Jak można powierzyć taką rolę osobie, która Angelinę do ruskiego wywiadu wciągała? Nie, nie lubię go. Tylko o to mi chodzi. Nigdy go nie lubiłam, chociaż aktor dobry. Ale ma taką manierę, tak mówi, że ja go nie polubię nigdy.
Albo Ferency. Odwalił cztery słownie lata w "Niani" jako lokaj, więc się nie dziwię nawet, że w końcu stanął przeciw burżujom i czekistą został. Ja tylko proszę, niech on nie gaworzy pa ruski, bo o pomstę woła. To było tak - Sofia Nikołajewna słuchać go nie mogła, więc zastrzeliła, jak się tylko okazja trafiła.
Na zakończenie pragnę dodać, iż film nie podobał mi się. Jest to film Hoffmana, którego kiedyś nominowano do Oscara, jak mówią legendy, lecz nie przemawia to dzieło do mnie. Ja, młody widz, powiedzmy, znajduję podręcznikowe treści, jeszcze niezapomniane. Malowniczo nie było, bo wiadomo, krew się polała, ale mimo wszystko mam wrażenie, że patrzę na wspomnianą panoramę. Kręcimy się w kółko, zły jest zły, a dobry zwycięża. Jednowymiarowo. Janek-bohater nawet nie jest komunistą prawdziwym, a mógł być, dla ciekawszego efektu. Przeintelektualizowanym komunistą. Ola-bohaterka jest wielofunkcyjna. Uczy, bawi, wychowuje. Wszystko na tle papierowym. Może ja się nie znam? Pewnie, że się nie znam. I tak sobie na końcu pomyślałam - znaleźli się w lazarecie, nieboraki. Love, love, kiss, kiss. A tu nagle okaże się, że gangrena i po gołąbkach. Miałam nadzieję, że chociaż ten zdegradowany coś napsuje, spotka bohatera na froncie, pokrzyżuje trochę planów, zemści się. Nie wykorzystano tej postaci jak należy. Miał potencjał. Bieda...
Wniosek końcowy. Film "1920 Bitwa Warszawska" wygląda jakby kilku (kilkunastu) znajomych zebrało się przy grillu i stwierdziło:
- Pobawmy się w bitwę warszawską!
- Może zrobimy teatrzyk? - zaproponował ktoś.
- Ej, mam kamerę, zróbmy film! Puści się na yt... - wykrzyknął następny.
- Tam na yt, do kina wejdźmy, w końcu nazywam się Reżyser! - oburzył się inny.
- Nic z tego nie będzie, Boguś się w 3D zaprawił, powiedział, że nie będzie grać. Dogorywa gdzieś - zasmucił się kolejny.
- To robimy w 3D! - ucieszył się pomysłodawca.
I tak już zostało.

wtorek, 20 marca 2012

I'm gonna be in trouble

Przychodzi taka chwila w życiu człowieka, może nie każdego, ale niektórego, kiedy człowiek ten wypija ostatnie piwo, jakie zostało w lodówce, może czasem wypić sok z czarnej porzeczki, bo piwo jednak zniknęło wcześniej, siada sobie ten człowiek na krześle, które obiecuje od kilku lat, że za chwilę się rozpadnie, jeszcze się pohuśtaj, a pożałujesz na wieki, głowę rozwalisz o podłogę nieestetyczną, której nie chciało ci się nawet odkurzyć, mózg twój z rozłupanej głowy skończy w kurzu, cwany człowieczku. Niepomny na groźby krzesła człowiek rozsiada się wygodnie i słucha jak kręgosłup strzela, marsze i mazurki wygrywa, kuranty kręgów lepsze są niż niejeden Fryderyk, opowiadają historie rozmaite. I ten człowiek sobie wszystko z góry już olewa. Skupia się na sobie, swoim spokoju. Ma wszystko globalnie. Siedzi i skrzypi razem z krzesłem.

 Obrazek przykładowy.

Wiosna, wiosna radosna, przyroda budzi się do życia. Ze wszystkich stron uśmiechnięte twarze mówią - myśl pozytywnie, zmień nastawienie, piru-riru, ćwierku-ćwierk. A skąd wiadomo, że ja nie myślę pozytywnie? Ja jestem bardzo pozytywna, szalenie pozytywna, bardzo pozytywnie myślę, rozpromienionym wzrokiem, jak Cyklop z X-men, spoglądam na świat. Moją ulubioną bohaterką była właściwie Jubilee, bo miała coś z głową. Ale teraz to już bym się pewnie histerycznie śmiała przy tych wydumanych opowieściach i mięśniach drgających na szyjach mutantów pod wpływem stresu bojowego. Nightcrawler w serialu i później w filmie był beznadziejny, co z tego, że niebieski... Ale o wiośnie miało być. Przyszła wiosna, rozgościły ciepłe Słońca odłamki w ogrodach i na gałęziach drzew. Jeszcze nie tak dobrze i pięknie, dlatego zdjęcia zeszłoroczne, albo starsze, dokładnie nie wiem. Żeby nie było, że wiosny nie ma - w tym roku jedną gąsienicę widziałam i uratowałam z błota. A roślinek prawie nie ma, przebiśniegi i inne wczesne badyle, paprotki jeszcze się nie rozwijają. Ale ja myślę przecież pozytywnie, oglądam z nostalgią i nadzieją stare zdjęcia, przecież będzie tak pięknie jeszcze. Wiosna, panie sierżancie!

Kolejny przykładowy obrazek.

Ja naprawdę pozytywnie myślę. Tak pozytywnie, że wysłowić tego nie potrafię. Aż dech mi ten pozytywizm zapiera. Zwyczajnie nie mogę zwerbalizować. Napisać jeszcze trudniej, bo tu trzeba literkami operować, a jak się człowiek znajdzie w takim pozytywnym nastawieniu, to aż go paraliżuje od natłoku. Przygniata ciężar ogromu pozytywności. Jakby jednak jakimś dziwnym losu zrządzeniem pękła tama blokująca ten blask pozytywny wewnątrz mnie, razem z każdym moim słowem pojawiałby się diamenty i inne drogocenne kamienie oraz kwiaty. Jak w baśni o dobrej dziewczynie, która pomogła karzełkom (chyba trochę zmyślam, ale tak mi się wydaje) u braci Grimm.

Ostatni już obrazek ilustrujący zjawiska wiosenne.

Wspaniałej wiosny życzę każdemu! Dużo słońca w całym mieście, w całej wiosce. Żeby rzeżucha dobrze się rozwijała, kwiatki zakwitły, nad głową latały motylki, śpiewały skowronki i słowiki, łabędzie pływały po stawie z którego pan Toliboski wyłowi romantyczne lilie białe. Oto najpiękniejsza pora roku oficjalnie się rozpoczęła!

poniedziałek, 19 marca 2012

Śniadanie leniwych mistrzów


Kolejny przepis dla leniwych. Ja nie jestem kimś, kto lubi się wygłupiać i sterczeć godzinami nad wykwintnym daniem. Zrobiłam to tylko raz w życiu, sukcesu nie było, nie zmotywowało mnie. Uczmy się na klęskach, nie popełniajmy więcej błędów. Leniwi zazwyczaj szybko się uczą.
Pancakes. Grube, pożywne, piękne naleśniki. Przepis wyjściowy był trochę bardziej wymyślny, z upływem czasu okroiłam go trochę. Z przepisami jak z literaturą - najmniej skomplikowane dzieła są najlepsze. Nie przeginamy z formą, liczy się treść. W tym przypadku kończy się na treści żołądkowej, ale nie będę się rozczulać.

Oto receptura:
  • szklanka maślanki naturalnej (ale może być jogurt owocowy, wtedy mamy efekt owoców zatopionych);
  • pół szklanki zwykłej mąki;
  • pół szklanki mąki krupczatki (może też być cała jedna tylko szklanka normalnej, ale z krupczatką jest delikatniej, smaczniej, lepiej);
  • 2 (słownie: dwa) jajka;
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia;
  • może być cukier (przypuśćmy, że 3 łyżki), ale nie musi (ja ostatnio nie używam);
  • szczypta soli.
Żółtka oddzielić od białek, wymieszać z maślanką, następnie dodać mąkę i proszek do pieczenia. Dokładnie wymieszać. Dodać cukier, jeśli opcja z cukrem nas interesuje. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Jeśli nie ma się robota kuchennego, można wykorzystać jakiegoś chłopa, ale nie polecam - może ubabrać kuchnię, a tego nie chcemy, gdyż jesteśmy leniwi i nie chce nam się sprzątać. Zawsze można też chłopa do sprzątania pogonić, ale doświadczenie mówi, że oni rzadko słuchają słów rozpaczy. Cóż, ryzyko każdy musi sam kalkulować. Ubitą pianę mieszamy delikatnie z resztą masy. Gotowe!
Patelnie rozgrzewamy do silnego nagrzania, smażymy, konsumujemy na ciepło (zaleca się, lecz rozkazu nie ma).
Pancakes dobre są z cukrem pudrem, dżemem, marmoladą, czekoladą, miodem, syropem... Ja najbardziej lubię z mango chutney - wbrew pozorom pasują do siebie idealnie. Można też wrzucić do ciasta banany pokrojone w plastry i smażyć z nimi w środku. Co do tłuszczu smażącego - ja mam patelnię ekskluzywną, która nie wymaga, ale w przypadku patelni tłuszczowej - ilość jak do naleśników normalnych, czyli minimalna. Albo można troszkę oleju wlać do ciasta, też działa czasami.
Niby takie danie śniadaniowe, ale komu chce wstawać się wcześniej, żeby coś takiego robić? Na kolację też się nadają...

 

sobota, 17 marca 2012

jak porzucone pakunki



Był piękny wstęp opowiadający o moich muzycznych inspiracjach, ale gdybym go opublikowała, straciłabym połowę czytelników. Nie mam ich wielu, więc tym bardziej strata byłaby ogromna. Dlatego ograniczę się do jednego zdania:
Dodałam też trochę Cyd Charisse z "Wszyscy na scenę".




 
Jeśli ktoś nie widział filmu - zachęcam tą oto piosenką (bez CC):

czwartek, 15 marca 2012

brunatność pól pod ledwie zaróżowionym otwarciem nieba

Dziesięć powodów, dla których warto być milionerem. To chodzi po mojej głowie. Zaczęło się od oglądania ogłoszeń dotyczących porzuconych jamników szukających domu. Powód pierwszy nikogo zatem dziwić nie powinien.

 Na zdjęciu najpiękniejszy jamnik świata - pani Żujka.

1. Będąc milionerem można adoptować jamniki, stworzyć hodowlę jamników ozdobnych, dom starców dla jamników-emerytów. I cieszyć się każdego dnia.

Reszta powodów taka sama jak pierwszy. Człowiek, który ma z jamnikami styczność przez całe życie, robi się pazerny. Chce więcej i więcej...

A teraz mała radość. Czytam Julię Hartwig. Przyczajałam się do tego od listopada.
I wiosna przecież! Powoli zadomawia się najwdzięczniejsza pora roku.






Zdjęcia pozostałe - miss Caroline również uczestniczyła w spacerku. Flanelowa kurtałka z odpadków. Trochę kolory udziczone, ponieważ celebrujemy wiosnę na sposób Strawińskiego. Tytułowy cytat z Julii Hartwig.

wtorek, 13 marca 2012

die Young

Pierwsze, co pomyślałam, widząc powyższy tytuł. Gdyż jest to tytuł piosenki. Taki facet w kapeluszu, to znaczy to nie kapelusz, tylko inne tam coś. The Sweet Serenades. Pomyślałam tak, jak pomyślałam, bo kupuję odżywkę dla sztrapacirtnych włosów. Że po niemiecku, germańska pieśń wychwalająca młodość, czy coś... Słabe to "Die Young" właściwie.
Tu miałam wstawić coś o młodości. Jak miałam dwadzieścia jeden (w pięćdziesiątym drugim chyba i to tysiąc osiemset), kupiłam koleżance książkę takiego pisarza, co się zabił, a był młody. On już będzie forever young, ja już nie.
Taki wstęp bez sensu. Teraz się sens zaczyna.
Kupiłam jakiś czas temu sukienkę (ja tak to widzę), teraz ją poprawiam. Mam lekki dylemat, ale myślę, że wybrnę i znajdę rozwiązanie. Zastanawiam się, czy wzory elfopodobne zasiać po obu stronach, czy dookoła, czy tylko z jednej strony otworu na łeb. Wygra chyba opcja dookoła. Na bogato. Jak się żenić, to się żenić!


Klik na zdjęciu powiększy je.

Tak naprawdę, to dens, dens, dens, de-dens!
I jeszcze na koniec o czymś, czego bardzo nie lubię, co doprowadza mnie do wściekłości. Liczba mnoga. Ludzie mówią i piszą: pancakesy, cupcakesy, simsy, transformersy... Jakby już bez tego "y" nie wystarczyło.
A na całkowity koniec - trafiły się nowe ciastka do upamiętnienia i Goldie aka Karolina w sukience ukradzionej Victorii. Mam już nawet plan na więcej zdjęć i takie tam artyzmy wydumane.



poniedziałek, 12 marca 2012

Egzystencja nie dzieje się


Kolor czarny. Czasami podobno symboliczny. Dużo w sztuce, dużo wszędzie. Ja sama często wybieram czarny z różnych względów. Chociaż właściwie źle wyglądam.
Chciałam zatytułować "ladies in black", bo Uriah Heep to był wredny typ, więc ładny łańcuch skojarzeń się tworzy. Czasami się też zastanawiam, czy ludzie wiedzą, o czym jest "Lady In Black"... Ale zrezygnowałam z tego tytułu. Zdjęcia są bardziej disko-disko. Dlatego cytat w tytule. Niekoniecznie idealnie dopasowany, ale niechaj już będzie. Kto zgadnie, kogo zacytowałam, ten utwierdzi mnie w przekonaniu, że ludzie jeszcze czytają. A kto oszuka i odnajdzie w góglu, ten mnie załamie. Pewności mieć nie mogę, więc pół na pół: załamuję się i wierzę we wciąż żywą moc słowa pisanego. Mocno załamać się nie mogę, bo mam od kilku dni wymarzoną książkę (z której nie pochodzi cytat tytułowy). Ale sobie będę czytać! O, człowieku!
A tak naprawdę, to się bawię różnymi efektami. I głównie w tym celu są dzisiejsze obrazki.






 Trzy ostatnie są moimi ulubionymi. Kolejność nieprzypadkowa. Rosnąco ku dołowi.

sobota, 3 marca 2012

Dalajlama i 40 muszkieterów


Testuję i eksperymentuję. Podnoszenie kwalifikacji trwa, ozdobność keksowych babek rośnie. Samozwańczy Dom Kultury na moją prośbę organizuje domówkę. To będzie debiut moich wytworów w socjecie.Trochę mnie trema ogarnia, ale bez przesady. Ładnie jest, proszę państwa! Smak natomiast dorównuje wyglądowi.


Padaczki dostanę od tego LOVE latającego. Pewnie nie tylko ja. To był strasznie głupi pomysł.
Nie zrobiłam kremu pomarańczowego, chociaż taki był plan. Użyłam, wstyd się przyznać, gdyby było się wykwintnym cukiernikiem, ale się nie jest, więc się przyznaje, karpatkowego kremu z torebki. Poza kremem wystąpiła czekoladowa polewa.
Ciasto oczywiście keksowe (naprawdę bardzo łatwe), dla przypomnienia wklejam przepis:

Skład:
  • 35 dkg mąki
  • 4 jajka
  • 20 dkg margaryny
  • 15 dkg cukru
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • bakalie, czy co się chce
Wykonanie:
Margarynę utrzeć z cukrem i na puszystą masę. Do nadal ubijającej się masy dodawać żółtka, następnie mąkę z proszkiem do pieczenia, i nadal ubijać, aż ciasto stanie się jednolite i puszyste. Moje zazwyczaj puszyste nie jest, taki gliniak troszeczkę. Dodać bakalie, wymieszać. Ubić białka ze szczyptą soli i delikatnie połączyć z masą.
Pieczenie:
Około 25 minut w wysokiej temperaturze (180-200 st.).


I sztuczki. Jeśli doda się więcej białek, ciasto jest delikatniejsze, złudnie lekkie i miękkie. Do ciasta można wrzucić bakalie, ale można tego nie robić. Dzisiejsze nadzienie to dżem kolorowy (egzotyczne smaki: mango+ananas+coś tam jeszcze oraz kiwi+limonka). Żeby nie wypłynęło i się nie przypaliło, najpierw wrzucałam w foremkę mały fragment ciasta, który tworzył dno, na to kładłam pół łyżeczki dżemu i przykrywałam większym fragmentem ciasta. Ponadto - wcisnęłam na wierzch morelowe kawałki. Owoce i witaminy, prawda... Część dostała jeszcze kilka sztuk czekoladowych kropek ozdobnych. Żeby ktoś się nie zdziwił, skąd tak dużo produktu gotowego mi wyszło - piekłam dziś z podwójnej porcji ciasta.













Ozdabiałam drażami białymi i brązowymi, cukrowymi serduszkami, posypką cukrową kolorową, żelkami Haribo. Jeszcze nie jestem w pełni zadowolona, ale widzę, że zdolności moje rozwijają się. Coś jeszcze miałam dopisać, ale zapomniałam.