czwartek, 16 lutego 2012

bitter sweet


Kupuję ładne skarpetki. Przy oddzielaniu ich od siebie, syjamskich skarpet połączonych syntetyczną żyłką, zawsze stanie się jakieś uszkodzenie. Minimalne, mikroskopijne. I jest mi wesoło, bo skarpetki są ładne, i jest mi smutno, bo od pierwszego dnia nie są już doskonałe.
A Richard Ashcroft jest najfajniejszym facetem, którego w życiu nie spotkałam.

namalowany Richard - George Underwood


Jedna osoba zapytała mnie jakiś czas temu, po co piszę? Po co? Nie rozumiem, jak można nie rozumieć. Dlatego nie zamierzam się tłumaczyć.
Jeden facet kiedyś powiedział, że należy przestać żyć marzeniami. A moim zdaniem życie nie-marzeniami nie ma sensu. Ja to bym bardzo tego nie chciała. Bo jeśli się nie marzy, to się jeden hormon w mózgu przestaje produkować i człowiek umiera na zgryzoty i przestaje być odporny na całe zło, które hula po świecie w najlepsze. Poeta pisał: trzeba marzyć. I ja słucham tego poety, tylko w jak dobrze wstać skoro świt jeszcze nie wierzę. Ale coraz bardziej się do tego przekonuję. Latem jest bardzo dobrze wstać skoro świt.
Co jeszcze nie ma sensu? Oglądanie się na innych. Sensu nie ma również szukanie drugiej połowy. Jeśli człowiek sam ze sobą czuje się niekompletny, z drugim człowiekiem też tak będzie. Proszę mnie nie rozśmieszać, ja to wiem. Sensu nie ma również uciekanie od problemów. A jedyne, co można zmienić i na co ma się największy wpływ, to własne osobiste ja. W tym miejscu przypomina mi się poeta Stachura i metaforyczne jedzenie własnych rzygów. Z drugiej strony uderza myśliciel Thoreau, który wolał wysławiać się na temat swoich wewnętrznych przygód człowieka myślącego, niż o sukience pani X na herbatce w zeszłym tygodniu. Nie chcę krytykować nikogo. Nie chcę krytykować siebie. Samo wyszło.
Trochę zakurzyła się moja maszyna szyjąca, wszystkie świecące cuda hibernują pozamykane w kolorowych pudełkach. Wszystko śpi. Zasypane grubą warstwą śniegu. Niepotrzebnie. Do wszystkiego należy podchodzić jak Spartanie - od frontu, z determinacją. Wygrać, albo nie mieć niczego. Połowy się nie liczą.

I na koniec takie pytanie, retoryczne: kto cię człowieku zrozumie, jeśli sam siebie nie chcesz rozumieć?

A na prawdziwy koniec, żeby nie było, że ten Richard tutaj tylko do ozdoby. Break The Night With Colour.


Oooo, I don't wanna know your secrets
Oooo, they lie heavy on my head
Time for me to break my cover
Time for me to move ahead

8 komentarzy:

  1. MArzeniami żyć trzeba bo one napędzają nas do osiągnięcia rzeczy niemożliwych, do własnego spełnienia i do szczęścia. Więc chyba warto wierzyć i nie lenić się:)

    Szukanie drugiej połowy owszem nie ma sensu. Ona sama nas znajduje wtedy kiedy trzeba. Albo wtedy kiedy nie trzeba - bierze nas z zaskoczenia;)Swoją drogą, jak ktoś nie potrafi być sam ze sobą to i z kimś nie będzie potrafił. Trzeba i w siebie dużo pracy włożyć:)
    Od problemów uciekać nie można bo wcześniej czy później one nas dogonią. Walną ze zdwojoną siłą i wtedy będzie płacz i zgrzytanie zębów. Trzeba umieć sobie radzić, nikt nie mówił, że będzie kolorowo:)
    A jeśli nam samym ze sobą źle? Zawsze można się zmienić, próbować. Co nam zależy, skoro uważamy, że i tak jest źle to nie ma nic do stracenia:)

    Taki smutny mi się ten wpis wydaje, potargany. A nie może tak być. Zima nas opuszcza, wiosna idzie, trzeba się uśmiechać i działać. Nie kurzyć w kącie:):)

    P.S. Mnie też zawsze smutek bierze jak muszę odpętlać i rozdzielić nowe skarpetki:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie cała koncepcja połów denerwuje. Człowiek zawsze jest całością, czy z kimś, czy sam.
      Zgadzam się, że nad sobą należy pracować. Ale tylko nad sobą. Nie wolno zmuszać nikogo i wiedzieć lepiej za niego. I wiem też, że nie mam w tym racji do końca.
      Problemy staram się rozwiązywać jak najszybciej, bo nierozwiązywane sprawy gmatwają się jeszcze bardziej.
      Wpis nie jest do końca smutny. To jest pół na pół - smutny i wesoły. Jak te skarpetki na początku. Przecież można ich było nie dotykać, nadal leżałyby spięte ze sobą, idealne, nienaruszone. Ale i bezużyteczne.

      Usuń
  2. ale tu refleksyjnie:)
    koncepcja połów jest imho całkiem patriarchalna, nieco romantyczna i trochę opresyjna.
    jest trochę jak bajka o Kopciuszku, która dzisiaj jest kompletnie politically incorrect.
    echs.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Refluksyjnie, biorąc pod uwagę poetę Stachurę ;) Wszystkie prawie księżniczki to jakieś mimozy były, które bez połowy ani dudu. Dla mnie żadne role models. Ale ja mam złe nastawienie do życia: prawo i pięść.

      Usuń
  3. Najfajniejsze uderza z zaskoczenia. Nie ma co szukać na chama, intrygować i kombinować żeby dopiec swego. Wszystko wraca. Nawet głupota. ze zdwojoną siła. prędzej czy później się człowieki przekonują. Trzeba czuć się dobrze w własnej skórze, w skórze właściwej (w końcu tylko taką mamy) w żadnych warstwowych podzespołach, nawet ciuchy nie ukryją pewnych rzeczy a mogą nawet spotęgować głupotę. mamy takie czasy niestety, że w uczuciach jak w interesach - no trzeba być sprytnym. walczyć, nie poddawać się i upierać przy swoim. nie wiem czemu to piszę, skoro nigdy to mnie nie spotkało? każdy facet podany na tacy, zero starań. ale sztuką jest w takich sytuacjach umieć to docenić. ja doceniam. nie mądruję.
    mówi się -gówna nie ruszaj - nie zaśmierdzi. ale tak jak piszesz, po co ma leżeć bezużyteczne? ja nie lubię rzeczy bezużytecznych, które fajowe są dopóki nie należą do nas. najgorsze, że tak właśnie przedmiotowo traktuje się ludzi. łapanie króliczka polega na gonieniu go. a co potem? dlatego ja się nigdy nie spieszę. nasycam się nienasyconym. i dbam o linię. mimo wszystko jestem czujna. jak ważka.
    wywód swój przedstawiłam - nie będę gorsza. nigdy nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślę, że na najfajniejsze trzeba zapracować. Samodzielnie, nie jadąc na niczyich plechach. Taka moja życiowa prawda. Długo myślałam, czy nie zostać aforystą, ale od tego krótka droga do alkoholizmu ;)
      Patetycznie, ale prawdziwe: trzeba być sobą. Cel nie uświęca środków, nic za wszelką cenę. I tyle.
      Generalnie pisałam taki ogół o życiu, a tu wszyscy o tej połowie. Richard Ashcroft jest najlepszy.

      Usuń
    2. no masz rację. są rzeczy na które trzeba sobie zapracować. najgorsze jak ktoś przylezie na gotowe, rozłoży się w tiulach i szczyci się niewiadomo czym. ale jeśli chodzi o miłość - nie ma czegoś takiego jak zapracowanie sobie na nią. kocha się albo nie. za nic. takiego jakim się jest. czy to kogoś czy choćby samego siebie. bez sztuczności i wypatosowanych wartości. nie chcę tu nikogo krytykować. piszę czego za ch**a pana nigdy nie zaakceptuję i nie zrozumię. ot taka moja prawda życiowa :-)

      Usuń
    3. To już temat na rozmowę przy szklance wódki :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.