środa, 29 lutego 2012

admirał szeryf Rocky Brusli Rambo Brody


Oto, co działo się przy okazji pieczenia nierównych babek.
Kuchnia to niebezpieczny plejgrand. Bardzo. Dędżeras. Różne stwory mogą atakować, trzeba mieć eye of the tiger, by się spostrzec i obronić. Bruce Lee, Rocky, Rambo. Ja widziałam więcej filmów akcji niż mój brat rodzony. To źle, gdyż filmy akcji nie są dla dziewcząt. Wypaczają im mózgi, na manowce sprowadzają. Zamiast piec ciastka urządzają te dziewczęta inscenizacje różnego typu. Lalki przyoblekają w czarne kostiumy ninja inspajert i krzyczą FAJT! wymachując łapką do gorących przedmiotów. Fajna łapka, miłość od pierwszego wejrzenia.  Były jeszcze inne kolory, ale zielony daje efekt alien, outer space i radioactive mutant. I to jest dopiero kino akcji. Teraz wchodzi muzyka ze "Szczęk": tidudidu tidudidu tidudidu... A jak już się wygra - theme Rocky'ego.
(O filmie, chociaż to nie moja dziedzina: "Rambo", ten pierwszy film, z pierwotnym zakończeniem, jest świetny. Nawet by był mój ulubiony, gdyby był, ale nie jest. Dzieło wiekopomne.)








Wystąpili: moja lewa ręka ciemności w roli kosmicznej, potwornej bestii, Bazyl StDżon w roli walecznej. Oscary 2012 mamy w kieszeni. Za efekty specjalne, kostiumy, scenariusz plagiatowany i wszystko. Noga Angeliny się chowa.


A na koniec, czyli po poskładaniu wszystkiego, popatrzyłam z perspektywy na różne zdarzenia ostatnich nocy i dni. Ogarnęła mnie eksplozja złej energii. Jakaś złośliwość wielka zalała mi mózg. Ale tak kreatywnie. Destrukcja kreatywna. To nie taka do końca zła rzecz. Bardzo mnie na przykład denerwuje destrukcja bezmyślna. Zniszczyć bez celu, bez zastanowienia, z głupoty. Jeśli już rozbijać skorupy to tak, żeby było widowisko, albo miejsce zrobić, albo jakaś nauka z tego wypłynęła. Niszczenie dla samego aktu zniszczenia jest tak bardzo bez sensu, że wścieklizny dostać można. Nie jestem zwolennikiem czystej formy. I uwaga ostatnia: nie wszystko wolno niszczyć. Nie jesteśmy hardymi Rzymianami. Bo Rzymianie byli jak goa'uldy. Dosłownie. Co im się podobało, to kradli, a resztę starali się zniszczyć.
Moja nauczycielka angielskiego z podstawówki mówiła, że do złych rzeczy nie wolno się przyzwyczajać. I ja nie przyzwyczajam się do niesprawiedliwości. Mam nadzieję, że zawsze będę wścieklizny dostawać w słusznej sprawie. Fajt!

wtorek, 28 lutego 2012

wyższy poziom świadomości

Udoskonalam się. To jeszcze nie to, co chciałabym osiągnąć, ale jestem coraz bliżej.
Krem pomarańczowy wyszedł w średnio. Smak dobry, konsystencja niekoniecznie. Muszę go jeszcze dopracować. I kiedy będę już z niego zadowolona - podzielę się recepturą. Ja nie jestem tajemniczą babcią, która przepisy chowa w materacu wypchanym dolarami. Do ozdoby użyłam także: czekoladowych i kolorowych-cukrowych obsypańców, draży białych ze sklepu dla najbiedniejszych, czekoladowej polewy. Na polewę mam sposób taki: kilka kostek gorzkiej czekolady + łyżka masła, rozpuścić na parze, wymieszać, włala. Leniwie, a efekt bardzo dobry. Podpatrzyłam to w książce o czekoladzie. I jeszcze coś - dla keksowych babek naprawdę trzeba rozhajcować piekarnik do wysokich temperatur. W przeciwnym razie wyjdą płaszczaki, co widać w przypadku tych ozdobionych białymi kulkami. Takie grzybki, rzeźba terenu pustynna, skały Colorado przedmuchane wiatrem przez miliony lat. Słabizna. Babki ozdobione kolorowymi-cukrowymi są natomiast przykładem wyrośnięcia w wysokiej temperaturze. Piękne, zgrabne, nierozleciałe.




Przy produkcji działo się, ale o tym następnym razem. Dużo mam zdjęć do opracowania.

niedziela, 26 lutego 2012

prawdę mówiąc - najlepszy z najlepszych


Żeby nie było, że całkiem mi się w głowie przewróciło. Oto normalne ilustracje przedstawiające koszulę mini-mini. Koszula ludzka ukaże się którymś następnym razem. Wyszedł lekki artyzm, gdyż dziunia się wepchała. Tak sobie stoi w ładnej sukience, nie można jej zignorować.
Dzisiaj już nie będę wierszy pisać. Wiem, że to nie jest moja dziedzina. Już od dawna wiem.
Myślałam, że schowam lalki w pudełka na dłużej. Otóż połowy się nie udało ukryć przed ciekawych wzrokiem.







Chciałam zatytułować. że amfetaminowa siostra, ponieważ ostatnio trochę Myslovitz odkurzyłam. Lecz nie wypada przecież... Kiedyś "bigoteria" to było moje ulubione słowo. Dokładnie wtedy, kiedy zrozumiałam jego znaczenie, czyli gdzieś w okolicach baroku. Taki był poeta, ale nie pamiętam. Tylko bigoteria mi z niego została.

sobota, 25 lutego 2012

I'm sick from this longing, but what can I do?



Świat pędzi. Tak właśnie jest, bo jakże mogłoby być inaczej? Samochód na trawie, samolot w obłokach, rakieta na Księżyc. Żeby nie zostać gdzieś z tyłu, trzeba pić dużo kawy. Taka moja mądrość coelhowska. Jak się pije dużo tej kawy, to jest możliwość wyprzedzenia faktów. I jak już wybiegniemy do przodu, to można się nawet zatrzymać, żeby odpocząć.
To był wstęp.
Jeszcze w paleolicie kupiłam sobie koszulę. Bo zawsze marzyłam o tym, żeby mieć koszulę w kratkę może żółtą, może pomarańczową, coś z zielenią... Tyryryry... Aż się trafiła w lumpku kratka idealna, wymarzona. Tylko trochę zmechacona, prana 200 razy w wodach, które z górskim potokiem niewiele mają wspólnego. Ale ujdzie, tak sobie ponosić można. Tylko rękaw. Ja mam taki problem, że rękaw często beznadziejny, kończy się przed nadgarstkiem. Może to ja mam łapy jak gorilla, może to taka tradycja szycia, nie będę roztrząsać. Postanowiłam zatem pozbyć się rękawa, zrobić całkiem krótki, jeśli i tak jest za krótki. Kij mu w oko. Odcięłam, zabezpieczyłam przed pruciem, zwinęłam, jest. Ale dopiero niedawno. Ze szczątek uszyłam koszulę mini-mini. Trochę na wykończeniu poległam, bo szczerze przyznam, mocno dziubdziać mi się nie chciało. Obiecuję sobie poprawę. Jeszcze zatrzaski muszę wszyć, żeby się zapinała koszula. Ale nie zrobię tego z dwóch powodów. Po pierwsze - koszula nie jest taka fajna, żeby to robić. Drugie - skończyły mi się te małe zatrzaski.





 oczywiście Klik! by zdjęcia były większe

Tytuł ukradziony z piosenki, którą sobie podsłuchuję ostatnio: David & the Citizens - On All American Winds. Nijak nie pasuje. Ale o to przecież chodzi - machnąć coś, bo się nie ma pomysłu, więc po obcemu napisane, mądrzej brzmi, tajemniczo wygląda i zachęca czytelnika. Czytelnik zagląda, a tu zupełne rozminięcie.

Wcale nie było łatwo zrobić takie zdjęcia. Jeśli ktoś nie wie, po co jest Audrey, to sorry, ale ja tego tłumaczyć nie będę. Aksjomat, prawda? Pewne rzeczy to już trzeba wiedzieć... I wiersz napisałam. Bo żeby być dobrym hipsterem nie wystarczy tylko koszula w kratkę. Namęczyłam się, to jest trudny wiersz.

Chciałabym być obrazem
Który wisi na ścianie spękanej
Zaatakowanej przez wilgoć
Co deszcz przyniósł na chmurach
Być może znad Adriatyku
Ale pewnie tylko z Bydgoszczy

Chciałabym być obrazem
Gdyż nie skrzywdziłby mnie nikt
Może jakiś złodziej
Co kiedyś Krzyk ukradł
Co go wyciął z ramy
Tak czytałam w jednej gazecie

Chciałabym być obrazem
Ale niezbyt wesołym
Jak dama na huśtawce
Co gubi bucik
Ale też nie bardzo smutnym
Nie jak kredkami symbolistów szkicowana twarz

Chciałabym być obrazem
Co porusza wnętrze widza
Jego serce się ściska niezrozumiałym skurczem
Żołądek czuje pustkę
Wątroba wzruszona nie ma nic przeciw szklance wódki
A w mózgu dziurę wierci

Chciałabym być obrazem
Na który nikt by nie patrzył obojętnie

Nie jestem obrazem
Ludzie mijają mnie na chodniku
I jak ich nie zaczepię pytaniem
Przepraszam
Która jest godzina
Nikt nie spogląda w mą stronę

czwartek, 23 lutego 2012

be my Caroline



Ja jestem różne święta w stanie zrozumieć, że sobie ludzie robią, może potrzebują, ja nie potrzebuję świąt, bo ja mam całe życie jak festyn cudów, a poza tym świętowanie jest moim osobistym zdaniem śmieszne, bo jestem starą malkontentką i mizantropem od czasu do czasu, czego się wstydzę, ale tylko mizantropii, gdyż nie wypada w mojej sytuacji życiowej brzydzić się taplania w istnieniu społecznym, aczkolwiek powoli kończą mi się pomysły, żeby jeszcze przez chwilę to zdanie pociągnąć, a ja bardzo lubię takie długie zdania, więc dodam, że walentyncy walentyncami, lecz przecież są inne noce i dnie, można sobie wymyślić dzień czegoś lub kogoś, toteż pytam: dlaczego sobie nie zrobić czasami jakiegoś dnia dobroci, albo dnia innej rzeczy czy też osoby, może to nie jest zły pomysł z założenia, zły on będzie jeśli się go zrealizuje... Oddech. Kochać trzeba nie tylko przez jeden dzień w roku, przypominają sobie, ot, że trzeba kwiat dać, i wszyscy jak jeden mąż wędrują po ten kwiat do kwiaciarni, całe miasto w kwiatach, cały świat, czekoladki, kartki, misie, serca, gołąbki, jednego dnia wszyscy, bo gazeta napisała, radio powiedziało, telewizor pokazał, jak z tymi pączkami, ja jem pączki, jak mam ochotę, a nie, że święto, ja właśnie nie jem tylko w święto, nigdy mnie z pączkiem w święto pączka nikt nie zobaczy, tak specjalnie, każdego innego dnia, ale nie wtedy.
Tytuł całości zgapiony z żałosnych kartek, które wręczają sobie osoby płci różnej, czasami nawzajem, czasami nie wiem, nie ogarniam, na różne sposoby sobie wręczają, innym wręczają, wręczają, wręczają, że weź, ej, bądź, o ja cię, no proszę, pliz, nie bądź taki, nie bądź taka, bądź jak proszę, weź to serce, wyjdź na drogę, zrób to dla mnie, you can do it. No i takie kartki z sercem, bo przecież you'll be in my heart, my love, my kiss, my heart, will you still love me tomorrow, albo love somebody, zwyczajnie tak, bo all you need is love, zawsze. A tu nagle taki malkontent, mizantrop i czarne chmury, chociaż powszechnie rozlega się: Gdzie jest Krzysztof? Gdzie Krzysztof? Starostecka w spazmach, ale nie, malkontent, mizantrop, gradowa chmura, jak ten cyniczny von Ansbach, uśmiecha się ponuro nad rodową filiżanką gorzkiej herbaty trzymaną w dłoni udekorowanej herbowym sygnetem złośliwości.... Tyle wstępu. Tylko jeszcze przyznam, że von Ansbach zawsze był jedną z moich ulubionych postaci. Dlatego dzisiaj przedstawiam Karolinę von Ansbach. Taka oskarowa, bo wiadomo, i ozdobna, gdyż knujące postacie w Prusiech zawsze ozdobne były. I co teraz, Krzysztofie?





Klik! uczyni zdjęcia większymi. Teraz trochę z estetyki się będę tłumaczyć. Oczywiście zimny kolor jest symboliczny - von Ansbachy są wyrachowane i po trupach do celu. Złe, zimne, podłe. Poza tym, jak doskonale widać na zdjęciu przedostatnim, w takich okolicznościach kolor oczu lalki jest wydobyty bardziej. Zabieg jest celowy całkowicie. Metaforycznie i pod innymi względami. Efekt mroczności i takiego obscure także był zamierzony. Gdyby nie, wybrałabym jakieś nieefektowne, jednokolorowe tło. Ale chodziło o lekką Alicję w norze królika. Ciemność wnętrza, prawda, metafora kolejna.

środa, 22 lutego 2012

I call it chocolate love

Zamiast szyć i rozwijać się tekstylnie, siedzę w kuchni. To chyba dlatego, że zima. Zazwyczaj ograniczam się do obiadów - pizza, ramen, jakieś warzywa. Ale od kilku dni po głowie chodziła mi czekolada. Czekolada to jeden z najwspanialszych wynalazków ludzkości. Dzisiaj powstały prototypy. Daleko im do cupcakes, ale będę podnosić kwalifikacje i któregoś dnia się uda.
Ciasto zrobiłam keksowe (każde dziecko to potrafi, zaprawdę), ponieważ jestem bardzo leniwą osobą. Lubię rozwiązania szybkie, łatwe. Do środka wrzuciłam płatki migdałowe, rodzynki, żurawiny i inne pewnie coś jeszcze, ale już sama nie wiem. Upiekły się pięknie, przyozdobiłam czekoladową polewą z orzechami, posypałam rozdrobnionymi migdałami. Bo akurat takie składniki były w zasięgu wzroku. Uważam, że jak na pierwszy raz jest dobrze. Następne będą już bardzo ozdobne, pomyślałam nawet o kremie pomarańczowym.



Tło jest dobrane źle, właściwie niedobrane, talerz jest dość przypadkowy i kolorystycznie się zlał. Następnym razem jakąś porcelanę rodową wyciągnę. I zrobię ładniejsze zdjęcia. Te są takie poglądowe - ryciny z podręcznika niedopuszczonego przez ministerstwo.

czwartek, 16 lutego 2012

bitter sweet


Kupuję ładne skarpetki. Przy oddzielaniu ich od siebie, syjamskich skarpet połączonych syntetyczną żyłką, zawsze stanie się jakieś uszkodzenie. Minimalne, mikroskopijne. I jest mi wesoło, bo skarpetki są ładne, i jest mi smutno, bo od pierwszego dnia nie są już doskonałe.
A Richard Ashcroft jest najfajniejszym facetem, którego w życiu nie spotkałam.

namalowany Richard - George Underwood


Jedna osoba zapytała mnie jakiś czas temu, po co piszę? Po co? Nie rozumiem, jak można nie rozumieć. Dlatego nie zamierzam się tłumaczyć.
Jeden facet kiedyś powiedział, że należy przestać żyć marzeniami. A moim zdaniem życie nie-marzeniami nie ma sensu. Ja to bym bardzo tego nie chciała. Bo jeśli się nie marzy, to się jeden hormon w mózgu przestaje produkować i człowiek umiera na zgryzoty i przestaje być odporny na całe zło, które hula po świecie w najlepsze. Poeta pisał: trzeba marzyć. I ja słucham tego poety, tylko w jak dobrze wstać skoro świt jeszcze nie wierzę. Ale coraz bardziej się do tego przekonuję. Latem jest bardzo dobrze wstać skoro świt.
Co jeszcze nie ma sensu? Oglądanie się na innych. Sensu nie ma również szukanie drugiej połowy. Jeśli człowiek sam ze sobą czuje się niekompletny, z drugim człowiekiem też tak będzie. Proszę mnie nie rozśmieszać, ja to wiem. Sensu nie ma również uciekanie od problemów. A jedyne, co można zmienić i na co ma się największy wpływ, to własne osobiste ja. W tym miejscu przypomina mi się poeta Stachura i metaforyczne jedzenie własnych rzygów. Z drugiej strony uderza myśliciel Thoreau, który wolał wysławiać się na temat swoich wewnętrznych przygód człowieka myślącego, niż o sukience pani X na herbatce w zeszłym tygodniu. Nie chcę krytykować nikogo. Nie chcę krytykować siebie. Samo wyszło.
Trochę zakurzyła się moja maszyna szyjąca, wszystkie świecące cuda hibernują pozamykane w kolorowych pudełkach. Wszystko śpi. Zasypane grubą warstwą śniegu. Niepotrzebnie. Do wszystkiego należy podchodzić jak Spartanie - od frontu, z determinacją. Wygrać, albo nie mieć niczego. Połowy się nie liczą.

I na koniec takie pytanie, retoryczne: kto cię człowieku zrozumie, jeśli sam siebie nie chcesz rozumieć?

A na prawdziwy koniec, żeby nie było, że ten Richard tutaj tylko do ozdoby. Break The Night With Colour.


Oooo, I don't wanna know your secrets
Oooo, they lie heavy on my head
Time for me to break my cover
Time for me to move ahead

sobota, 4 lutego 2012

Łowca jamników i krokodyli

Przyznaję bez bicia, że go przypaliłam. Trzepak, w głowie kolebie się sto myśli na minutę, ręce jak samobójca w poparzeniach stopnia nieznanego (wysoki stopień Celsjusza). Ja i rozgrzane przedmioty to nic dobrego - żelazka, prostownice, piekarniki... Lubimy się, ale potrafimy zdziałać wiele niedobrego.
Przepis znalazłam tutaj. Trochę zmodyfikowałam, uprościłam, i zamiast sezamu posłużyłam się czarnuszką. Oczy i nos zrobiłam z migdałów. I tak powstał chałkowy jamnik. Prezent dla mojej Mamy, która nie mogła uwierzyć w jego jamnikowatość i stwierdziła, że to musi być krokodyl, bo, uwaga, ma sześć nóg. Jako ciekawostkę dodam, że Mama z wykształcenia jest weterynarzem. Już wiem, dlaczego tego wykształcenia nie praktykuje. Steve Irwin to był mój bohater, nie jej.



czwartek, 2 lutego 2012

i walk the line

Strumienia świadomości, który z owcy na łańcuchu zrobił Johnny Casha, nie będę tłumaczyć. To skomplikowane. Owca jest przedmiotem z historią, nazywa się Łowca i jest ze mną już od kilku lat. Nie zawsze na łańcuchu, w mroźne dni nie zostawiam jej samej wśród zawieruchy i temperatury spadającej poniżej określonego poziomu. Łowca się trzyma kulturalnie, nie ogląda polskich komedii i nawet czasami jakiś walc wiedeński odstawi. Jest ciekawym gadżetem, którego nie polecam ludziom poważnym, lub takim, którzy chcą uchodzić za takowych. Lub na powadze budują swój wizerunek odpowiedzialnego, dorosłego obywatela. Ale jeśli komuś nie zależy, zastanawia się, co znaczy IMAIM, które ktoś intencjonalnie przecież zamieścił na jego bluzie (efekt lusterka, głupia!), to taki naszyjnik jest jak najbardziej wskazany.
To bardzo łatwe DIY - kupujemy łańcuch, kupujemy mechatego dziada (a czasami nawet już go mamy), łączymy i szał Mariana gotowy.