niedziela, 30 grudnia 2012

Zakochani są wśród nas

Wszystko jest moim zdaniem.

Chciałam już do końca roku nowego bełkotu nie tworzyć, z przyczyn różnych. Ale akurat szukałam sobie jakiegoś filmu, z Moritzem Bleibtreu, ponieważ mimo niewielkiego wzrostu, aktorem jest wielkim. I świetny bardzo jest super. Nie jakiś Bard Pitt... ale co się będę tłumaczyć? Wątek tracę. Natknęłam się na tytuł następujący - "Goethe!". Sobie pomyślałam, że po polsku pewnie było "Zakochany Goethe" i miałam rację. Nie obejrzę, gdyż życiorys poety wypalił piętno na moim mózgu, bardzo mi przykro, nie lubię też takich fantasy-biografideł w stylu szalonego romansu spróchniałego pisarza. Ruszyłam za to śladem. Pierwszy był Szekspir, wszyscy pamiętamy wzruszające oczy Josepha Fiennesa (wolę Lorda Voldemorta Fiennesa).


Były Oscary, były brawa, było pięknie. Zróbmy to jeszcze raz! Ba-bach-bum! Zakochała się Jane Austen.


Anne Hathaway ma taki dziwny sposób mówienia i nie mogę jej polubić. Film widziałam, zachwycona nie jestem. Trochę maniakalny, trochę nijaki, za małe natężenie dramy, za dużo dziwnych, przekombinowanych figur retorycznych. Ale dobrze, Jane była zakochana jak ta lala, mrugała oczętami, uśmiechy słała. Film odniósł jakiś tam mały sukces, bo wystąpiła Maggie Smith.
Lecz nie było nam dość, nam niezakochanym, pragnącym miłości (o pragnieniu miłości też bym mogła napisać, połączyć oba tematy, ale zgorzkniałość by mi w głowie wybuchła) . Do zakochania jeden krok, śpiewają, i krok ten zrobił wśród kwiecistej łąki Molier z rozwianym włosiem.


Romain Duris zarośnięty jak jeszcze nigdy! Nie przepadam, naprawdę. Taki typ dla dziewcząt wzdychających w takt pieśni: My new favourite thing to do, is wasting my time on a bum like you. Picuś niedbale francuski. Ja nie mogę patrzeć. Dlatego też filmu nie zobaczę. Kumulacja jakaś.
Zapytuję więc figurkę na plakacie:
- Co tam niesiesz, panie Molier, na plecach?
Odpowiedzi się nie spodziewam, bom nie Henryk Kwiatek. Domyślam się jednak, że w torbie jest gotowy scenariusz filmu o następnym literacie szalejącym z miłości.


O, proszę, nawet czcionka tytułowa niewiele się zmieniła. Romantycznie, wall kiss w ruinach wśród padającego deszczu. Ten deszcz to chyba z załamania chmury padł. I właściwie nie wiem, czy chcę zobaczyć to w formie godzina czterdzieści. Nawet Bleibtreu mnie nie zachęca (całe szczęście, że nie on wcielił się w JWG, uff!).
Zastanawiam się, kto będzie następny? Zakochany Dickens? A może Sofokles? Chociaż dla równowagi powinna być babka.

W ramach mojego uwielbienia do zakochanych tytułów, kilka innych, które fascynują, uczą, bawią i wychowują:


Dzięki temu dowiedziałam się, jakie jest znaczenie imienia Camille. Świetna sprawa, bo zawsze mi się wydawało, że coś tam Rzymianie sobie ustrugali po łacinie, ale myliłam się. Człowiek uczy się przez całe życie.

Bardzo ładny tytuł można też zepsuć w sposób następujący, zakorzeniający się w popkulturze i niemożliwy do zapomnienia:


Dlaczego, why, por qué? Bo "Lady and the Tramp" nie brzmi po polsku. Dama i łajza. Rzeczywiście nie ma magii chwytliwości. Ale... Primo - to były też swego rodzaju osobiste nazwy stworów, secundo: tworząc "Zakochanego kundla" stawiamy postać Trampa w uwypukleniu, pomijamy Lady, czyniąc z niej mniej aktywnego bohatera. Percepcja zostaje zaburzona.

Czepiam się, czepiam się, la la la...

A na koniec najlepszy z najlepszych, mistrzostwo świata, szklana pułapka i wirujący seks zakochanych (tutaj mi niepokojąco zabrzmiało...):


Bond naszych czasów w filmie dla cierpliwych. Długo zastanawiałam się kto taki film pokarał tytułem przerażająco odklejającym się od właściwego. Bo naprawdę "Flashbacks of a Fool". Jest głupiec oryginalnie, ok. Ale bohater jest pisarzem, więc nie żałujmy, dostrzelmy do głupca zakochanie. I jedziem z koksem, panie Zdziśku! Innego wytłumaczenia nie znajduję. Czy Bond udający pisarza był zakochany? Owszem, zdarzyło się. Więc nikt nie skłamał, proszę państwa.

Zabrzmię więc ostatecznie. Panie tłumaczu tytułów! Ty skajfolu*!

*wraz z siostrą stwierdziłyśmy, że skyfall brzmi jak polskie obraźliwe, ordynarne wyzwisko.

czwartek, 20 grudnia 2012

Kryptonim: Mean Mister Mustard

Będzie to narzekanie kulinarne. Postanowiłam stać się postacią opiniotwórczą... ;)

- Jeśli ma się dobrą musztardę, nawet parówki można zjeść - powiedziała moja najszanowniejsza Babuszka. Muszę się z tym stwierdzeniem zgodzić. Dlatego podjęłam misję, której celem jest odnalezienie dobrej musztardy. Osobiście uwielbiam taką, po której oczy pękną, a z gardła wylewają się płomienie. Najbardziej, potwornie, okropnie ostrą.

Początkowo w lodówce mieszkała zwykła biedrońska, ale to tylko słony substytut, nie nadaje się do jedzenia na surowo, zazwyczaj używana jest jako półprodukt. No to czas lans, pomyślałam, strzelamy w jakąś górną półkę.
Jako pierwsza pojawiła się Kamis bardzo ostra rosyjska. Zadowolona z siebie robię kanapeczki z jakimś mięsiwem, zdrowym chlebkiem orkiszowym, tralalala... Musztarda dla uwieńczenia. Jem, spożywam, przeżuwam i zastanawiam się - gdzie ta ostrość obiecana? Czuć octem, solą, zupełny brak jakiejkolwiek głębi smaku. Ok, znajdziemy inny produkt, angebot bogaty, sklepowe półki wręcz uginają się pod gorczycowymi słoikami różnej rasy, koloru i narodowości.
Prymat, również rosyjska. Trzy papryczki na okładce i zapowiedź, że bardzo ostra. Już się boję, panie tego... Niby ma potencjał, smak musztardowy został zachowany, ale po ostrości ani śladu. Retrospekcja: była kiedyś też jakaś dijon, dar z Francji, ale słone dziadostwo i strasznie maziowate, do musztardy tylko z koloru podobne. Olśniło mnie w pewnym momencie - ktoś z Ukrainy przywiózł kiedyś fest kozacki produkt, ogniowa dezynfekcja jamy ustnej. Ale Ukraina daleko, a ktoś się nie wybiera w dniach najbliższych... Polecił za to słowackie słoje gorczycowe, gdyby jakby można było. Produkty zostały poproszone, bo akurat w Republice Czeskiej się kompetentna osobistość znalazła. W między tak zwanym czasie: co jest blisko? Kętrzyńskie Majonezy i ich produkty. Musztarda kętrzyńska krzepka sarepska. Ciekawy regionalizm, ale na mój język za dużo octu. Smak dobry, ostrzejsza niż Prymat, ale nie o taką jakość mi chodziło. W tym czasie moja skarga została rozważona przez prymackie zakłady, bardzo ostra rosyjska stała się ostrzejsza, dodatkowo wypróbowałam chrzanową, która wypadła w zestawieniu całkiem nieźle. Delikatesowa okazała się godna nazwy, a kremska takim tam dodatkiem sałatkowym, w stylu biedrońskiej. Znajoma starsza pani poradziła - zawsze można zrobić musztardę osobiści. Ziarna gorczycy zostały zakupione. Pojawiły się jednak słoje pochodzenia słowackiego. Snico, od pokoleń. I oto nagle, w końcu, nastąpiła horčica s feferónmi. Miłość kulinarna. Ostra, smaczna, wybitna. Żeby jednak wszystko ładnie poukładać, zbudowałam następującą tabelkę:

 
musztarda zapach smak kolor konsystencja skład uwagi
Rikka, chrzanowa chrzanowo-musztardowy trochę za słona, smak słabo zgodny z nazwą ciemny, ale odpowiedni lekko zbyt mazista, miejscami rozwodniona eko oko może zwątpić produkt biedroński, nadający się od przetworzenia, właściwie półprodukt
Kamis, rosyjska odpowiedni lichy, octowy, słony, nieostry wymarzony sympatycznie nie tak bardzo maziowata, konkretna zawiera cukier lub syrop glukozowo-fruktozowy, hmmmm... nigdy więcej
Prymat,rosyjska (nr 1) bardzo ładny, obiecujący to jest musztarda, bez wątpienia, ale nie taka ostra, jak obiecuje etykietka, można jeść jak krem czekoladowy, zero ostrości musztardowy idealna nie taki straszny gdyby nie ten brak ostrości...
Kętrzyńska, krzepka sarepska dogłębny, aż oczy wypala trochę zbyt wyraźna nuta octowa, ostrość zadowalająca ciemny, tajemniczy... rozjechana mazia eko jak trza na przykład do różnych gotowanych mięs
Prymat, rosyjska (nr 2) bardzo ładny, obiecujący nuta ostrości nie gra już z nami w kulki, wyraźnie wyczuwalna musztardowy idealna nie ma czego się bać mogło być ostrzej, ale zdecydowanie lepsza od swojej bliźniaczki, bardzo smaczna
Prymat, kremska dziwny, niepokojący, jakby smar jakiś? dziwny, niepokojący, z nutą musztardową, łagodna bardzo estetyczny lekkie rozwodnienie tematu przewodniego nie brzmi groźnie sałatkowa, ale zapach i smak trochę odstraszają, not my cup of mustard, a może to tylko taka seria ze złej linii
Prymat, chrzanowa wyraźnie chrzanowy wyraźnie chrzanowy jasny taka, jak powinna być niestraszny jedna z lepszych chrzanowych, lekka ostrość, dużo smaku
Prymat, delikatesowa delikatny, bardzo ładny jak nazwa, musztarda niunia śliczny, musztardowy, jasny łatwa aplikacja, nie maże się, nie denerwuje nie widać strachu estetycznie i z klasą, na śniadanie u Tiffany'ego
Snico, z feferoną słodki, paprykowy ostra, charakterystyczna, pyszna musztardowy o odcieniu paprykowym miła i wygodna izglukozowy sirup moja ulubiona
Snico, francuska musztardowa inhalacja obrzydliwie słona w pierwszym momencie, później sympatycznie musztardowa żółciutki o zabarwieniu musztardowym delikatna, mazistość nie przekracza dozwolonego poziomu milion różnych dziwnych konserwujących rzeczy nie pokocham przez makabryczną słoność

Powyższe zestawienie jest silnie subiektywne, powstało z mojej własnej, wolnej woli, nie mam na celu producentów obrażać ani wywyższać. Nikt mi nie zapłacił, sama chciałam. Nawet nie chodzi o opiniotwórczość (ale o nabijanie postów). Teraz zostaje mi tylko jeszcze ukręcenie gorczycy własnoręcznie. I zapowiada się doświadczenie ciekawe, które zostanie opisane w następnym odcinku musztardowym. Lecz zanim to nastąpi, opiszę jeszcze walkę z zimą, zimnem i śniegiem.

Obrazki nie wystąpiły, gdyż jestem po aktualizacji systemu i nie potrafię się w tej genialności znaleźć.

niedziela, 9 grudnia 2012

Siekiera na zamarznięte morze

Nie mam gustu muzycznego, oglądam beznadziejne filmy i nie mogę ostatnio czytać powieści. Ot, dziwoląg. Wpadła mi za to w ręce książka inna. Zupełnie przypadkiem, nucąc "nie chodź, dziewczyno, do księgarni...", znalazłam dzieło Zdzisława Skroka zatytułowane "Wymowność rzeczy". Zobaczyłam, zajrzałam, uznałam za godne uwagi. Na pierwszy rzut oka przypomniało mi to "Opowieści o rzeczach powszednich" Władysława Kopalińskiego.

Autor jest archeologiem, dość kontrowersyjnym i często uważanym za lekko szalonego. Nigdy nie spotkałam się z nieszalonym archeologiem, więc to chyba cechy wymagane w zawodzie. Jeśli chodzi o kontrowersje - Skrok uważa (w skrócie), że Mieszko I był wikingiem. A dlaczego nie? Właściwie mógł...

"Wymowność rzeczy" to zbiór bardzo dobrze napisanych esejów skupionych wokół rzeczy powszednich. Możemy przeczytać o garnku, grzebieniu, ale też pozamaterialnej wartości tych przedmiotów. Nie idzie mi pisanie zupełnie, ponieważ bardzo się staram napisać najpoważniej i odpowiedzialnie podejść do tematu. Bez sensu. Zatem tak: książka się dzieli na dwie części - po wstępie (świetnym wstępie!) mamy Część I: Wymowność rzeczy. Tutaj przeczytamy o różnych pradawnościach, o tym, jak ważne są latryny. Znajdziemy też jedno ze zdań, nad którym myślałam przez kilka dni:

Śmieci są równie stare jak ludzka kultura.

Esej "Moc daru" jest jednym z tych, które spodobały mi się najbardziej. Może to dlatego, że znajduje się w nim krótki opis "skomplikowanego systemu wymiany kula". Kto czytał Bronisława Malinowskiego, ręka w górę!
Zanim jednak przejdziemy do jakichkolwiek komplikacji, zwrócimy się w stronę Marcela Maussa (kiedyś kochałam go sercem całem i czytałam jak nawiedzona), który został przez autora zacytowany. Incepcja, czyli cytuję cytat:
Jaka jest reguła prawa i interesu, która - w społecznościach prostych i archaicznych - sprawia, że przyjęty podarunek jest obowiązkowo odwzajemniany? Jaka siła tkwiąca w rzeczy, którą się daje, sprawia, że obdarowany ją odwzajemnia?
"Kłódki umarłych" to szalenie interesująca historia tajemniczych kłódek znajdowanych w grobach pobożnych wyszogrodzkich Żydów. Sprawa dla detektywa, której rozwiązanie nie jest tak spektakularne, jakby się chciało. Poza tym, w ramach symbolicznego wymiaru, wspomniano również o nadrzecznych kłódeczkach zakochanych, które tak mnie intrygowały swego czasu. Najbardziej spodobało mi się piękne podsumowanie:
Później zdarza się niestety, że proszą o pomoc ślusarza, aby ów symbol odemknąć i w ten sposób uzyskać zwolnienie z kłopotliwej obietnicy.
I don't lightly use words like forever, but I will love you 'til the end of today, śpiewał jeden brzydki pan. Może warto wziąć to pod uwagę, zanim zakluczy się jakiś złom na moście?
Pierwszą część kończy "Odwieczny łowca", esej, który uświadamia, jak zdziadzieliśmy przez wygodne życie osiadłe.

Najlepsza zabawa czeka czytelnika w części drugiej. "Archeologia domowa". Przyeczytamy o rzutniku Krokus, gramofonie Bambino, szalonych łyżwach przypinanych do butów... Wzruszył mnie piękny esej poświęcony rowerom, szczególnie ostatni akapit opisujący starego wikinga we mgle.
Jeszcze w księgarni otworzyłam książkę w miejscu zupełnie przypadkowym i natrafiłam na "Sztuczne zęby". Wtedy też, po przeczytaniu pierwszych zdań, wiedziałam: chcę, muszę przeczytać wszystko! Bo jak odłożyć, jak obojętność wykrzesać z siebie, jeśli zobaczy się coś takiego:
[Starcy] Obdarowani bogactwem wolnego czasu, wędrują bez celu po ulicach miast, prowadzeni na smyczy przez własne czworonogi, albo w zaciszu mieszkań śledzą perypetie niekończących się telewizyjnych nowel. A przede wszystkim dbają o siebie, stoją w kolejkach do lekarzy pierwszego kontaktu, znają się na odpowiednich odżywkach i preparatach przywracających młodość, troszczą o sztuczne uzębienie, przesiadują u fryzjerów, masażystów, dentystów i protetyków. Są czyści i zadbani, kobiety mają ufarbowane włosy, a mężczyźni są dokładnie wygoleni i wystrzyżeni. Ich marzeniem jest zamieszkać na Florydzie pośród arystokratycznej społeczności starców z całego świata.
 Na zakończenie powrócę do pytania, które zostało mi zadane w ramach blogowego łańcuszka. Mieć czy być? Teraz, po lekturze "Wymowności rzeczy" odpowiedziałabym cytatem. Bo primo - lans, że się zna coś więcej niż szekspirowskie być albo nie być. Secundo, cytat bardzo dobrze oddaje mój własny prywatny pogląd na sprawę.
- Jeśli tylko mógłbym mieć taki samochód, jaki kupił sąsiad, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - wzdychają. A ponieważ nie mogą zrealizować tego pragnienia, są nieszczęśliwi i tacy będą aż do śmierci. Rzeczy, chęć ich posiadania, ustanawiania za ich pomocą swej osobistej wartości, prowadzą ich do upadku i zmarnowania największej wartości, którą otrzymują za darmo w dniu narodzin i która nie jest rzeczą.
Tu kończy się moja nierecenzja, mój obrazek poskładany z wycinków. Nie potrafię zachęcać nikogo do niczego, ale tym razem naprawdę usilnie się staram - to jest bardzo interesująca i pouczająca lektura. Kto nie podniósł ręki przy Malinowskim - każda biblioteka zawiera "Argonautów...", a przynajmniej powinna. Z doświadczenia wiem, że trudniej dostać "Złotą gałąź" Frazera.

Na koniec pytanie: Dlaczego warto czytać książki?
Na przykład dlatego, że Azja Tuhajbejowicz nie czytał. I jak skończył? Baśka nie pokochała, a pół twarzy razem z okiem zmiotła jednym zdzieleniem, bo powiedział, że "Pan Wołodyjowski" jest za gruby.
- Potopuś nie widział, zaprawdę... - rzekła ona. - A masz, tym pistoletem nienabitym, po mordzie!

(Przepraszam, nie potrafię pisać sprawozdań z przeczytanego!)

czwartek, 6 grudnia 2012

Królik doświadczany


Króliki opanowały mój świat. Przerażająca to myśl, bo za królikiem w postaci zwierzęcej nie przepadam. Ale królik w formie dekoracyjnej sprawdza się lepiej niż kot lub pies.


Zdjęcie nr 1 (jak widać, nie moje, bo ładne) - ciastka przyozdobione. Lwy były głosem rozsądku, bo ja bym wszystko w króliki ubrała.
Nr 2 - rękawiczki prezentowe. Ludzie wiedzą, że moją głowę wypełniają trociny wirujące w rytm uciążliwego bam-ba-bam-bam-bam-bam. Już mam zapowiedziane następne podarki z motywem. Jeśli ktoś chce zrobić mi prezent - to naprawdę nie jest trudne.
Nr 3 - namalowałam! W naturze wygląda ładniej, strasznie go zdjęcie wypaczyło, kolory zdechły i tak dalej.


I kolejne zdjęcie tego samego, wykonane o innej porze dnia (kolory bardziej słuszne, ale krzywość niesamowicie odstraszająca):


To nie jest koniec tematu królikarskiego, bo jak wspomniałam na początku - inwazja trwa. Systematycznie będę kolejne potworki pokazywać.

niedziela, 2 grudnia 2012

Extraterrestrial


Koncepcja znowu się rozmyła, bo zaczęłam się bawić planetami. Na pierwszym obrazku jeszcze tego tak bardzo nie widać, bo tylko cień Merkurego się pojawia, ale dalej jest już lepiej. Proszę mi nie wmawiać zgapienia od Rihanny, bo to wcale nie tak. Byłam raczej nie do końca zadowolona z wykonanych przeze mnie zdjęć, a za leniwa jestem, żeby poprawiać sesję. Dlatego pomyślałam, że i tak do niczego się nie nadają, więc zanim wywalę lub zarchiwizuję w inny sposób, zobaczę jeszcze, co się stanie jeśli użyję różnych narzędzi. Nie jestem jakoś uzdolniona graficznie, wiedzy również nie posiadam. Coś tam wyszło.
Zamysł lekko pominięty - obie lalki w takich samych okolicznościach, żeby się zastanowić, która lepiej. A że ponaklejałam Jowisze i Saturny, czy nawet this bitter Earth, trudno cokolwiek określić, ponieważ widok został zagłuszony.
Nie jest to jakiś poważny, zorganizowany post, tak tylko, z serii w przerwie programu proponujemy... :)
Zrobię jeszcze LJ&SJ międzypalnetarnych. Podoba mi się efekt. Następnym razem będzie jednak o uroczych królikach.





(klik, klik, klik, piosenka, wcale nie Rihanna)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Well let me be the first to say that I don't have a clue

Kolejne wyróżnienie! Ren-ya nie zna litości i nominuje. Zabawa polega na tym, że nominujący zadaje 11 pytań, nominowany odpowiada, zadaje swoje i posyła w przestrzeń następnym ofiarom. Zaraza rozpełza się po blogach i atakuje hiperprzestrzeń.


Długo myślałam, zupełnie nie wiedziałam, jak na niektóre pytania odpowiedzieć. Bardzo się starałam, wyszło jak zawsze. I don't have all the answers, dlatego kilka zastępczych.

1. Czy szklanka napełniona do połowy swojej objętości, jest Twoim zdaniem, w połowie pusta, czy w połowie pełna?
Nie ważne czy pusta, czy pełna. Ważne, żeby porzucona nie była. Do szału mnie doprowadzają porzucone szklanki. Ktoś sobie pił, zostawił... I jeszcze nie wypił do końca! To już podłość. Nie wiadomo, czyja to szklanka, woda najpewniej zostanie wylana. Dobrze, jeśli do kwiatków...
2. Mierz siły na zamiary czy odwrotnie?
Nie doceniam sił. Niestety.
3. Czy cel uświęca środki?
Nigdy.
4. Umrzeć za sprawę, czy żyć dla sprawy?
Zależy od sytuacji, ale przeważnie żyć. Są ekstremalne sytuacje, kiedy jedynym słusznym wyborem jest śmierć. Generalnie jednak trzeba żyć, umrzeć zawsze się zdąży.
5. Mieć czy być?
Każdy zawsze powie, że być. Tak samo często mówimy, że wygląd nie jest najważniejszy, a najwięcej porad różnorodnych dotyczy diety, układania włosów, dobierania spodni do figury, czy innych kwestii wizualnych. Temu też poświęcamy najwięcej czasu.
Trzeba osiągnąć równowagę. I nie chodzi o pół na pół, bo jednak "być" musi przeważyć.
6. Lubisz marzyć, planować? O czym najchętniej?
Nie mam sprecyzowanych marzeń. Niedawno do głowy przyszły mi wakacje na wyspie Jeju, ale z powodu odpowiedzi na powyższe pytanie, odległość mierzymy w latach świetlnych.


7. Jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa?
Nie mam jednego wybranego. Jednym z lepszych jest plantacja jaszczurek w pudle pod łóżkiem mojej siostry. Oczywiście rodzice musieli wszystko zepsuć, bo kazali stwory wypuścić. Czy ktoś wie, jak trudno jest złapać jaszczurkę?
8. Jaka jest twoja ulubiona bajkowa postać i dlaczego?
Krecik. Chyba za ten jego wzruszający płacz. Kiedy byłam mała, razem z nim zalewałam się łzami. I taki był dobry dla każdego...
9. Gdyby dr Emmet Brown zaprosił cię do swojego wehikułu czasu, to w jakie miejsce, w czasie i przestrzeni, chciałabyś się udać?
Cofnęłabym się. Nieistniejący sklep rybny przy Armii Krajowej, w czasach kiedy na półkach kwitł ocet i musztarda. Kupiłabym zapas gorczycy i wróciła do współczesności. Bo nigdzie nie mogę znaleźć dobrej musztardy, naprawdę.
10. Gdybyś była Zmiennokształtna, to w jakie zwierzę zmieniałabyś się najchętniej?
Ja nie mogę być istotą nadnaturalną, ponieważ mam mózg skręcony na eko-bez-konserwantów i muszę być istotą naturalną.
11. Gdyby koniec świata miał nastąpić za twojego życia, to czy walczyłabyś o przetrwanie, czy poddałabyś się losowi?
Pytanie dotyczyło hollywoodzkich końców, więc Bruce Willis i tak wybuchnie meteor, co ja się będę martwić na zapas? Tylko, że on źle wybuchł, bo jak zrobili odwiert, jeden ładunek dziabnęli, to by nikt nie mógł przewidzieć toru lotu głazów, czy tam nawet by się nie rozpadła skała i zniszczenia takie same by były, jakby nie wybuchał, a może nawet większe. Mądrze byłoby na przykład po jednej stronie umieścić ładunki, które by odepchnęły dziada, żeby Ziemia nie była na jego drodze, tylko gdzieś indziej by się ukierunkował.

Koniec moich odpowiedzi. Kiedyś wymyślę jakieś swoje własne wyróżnienie i zaatakuję nim niespodziewanie. Teraz moje pytania. Raczej test wyboru, ale przypuśćmy, że to pełnoprawne pytania.

1. Niespodzianka czy zapowiedziany prezent?
2. Rokoko czy minimalizm?
3. Słowacki czy Mickiewicz?
4. Bollywood czy Hollywood?
5. Audrey Hepburn czy Katharine Hepburn?
6. Star Wars czy Star Trek?
7. "Gra o tron" czy "Gra w klasy"?
8. Kot czy pies?
9. Miasto czy głusza?
10. Grill czy ognisko?
11. Góry czy morze?

O odpowiedzi na powyższe pytania proszę:
kas - trochę za karę, bo w jej radiu gra Murakami, a w moim nie chce.




niedziela, 25 listopada 2012

Rogal inaczej

Rugelach to tradycyjne ciastka pochodzenia aszkenazyjskiego. Są słodkie, smaczne i dość łatwe w przygotowaniu. Jednak nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zrobiła po swojemu. Przepis znalazłam w odmętach internetu, ale co ja będę się wygłupiać, pomyślałam. Podstawowymi składnikami jest twaróg, może też być śmietanka, ale ja się nie babram.



Przepis modyfikowany genetycznie:
  • 700g twarogu dobrej jakości, tłustego nawet;
  • ok. 600g masła, równie wspaniałego i nieoszukanego;
  • 2 jajka;
  • trochę soli, ok. 0,5-1 łyżeczki;
  • mąki tyle, żeby się ciastowy glut zrobił, takie zbite ciasto gliniasta kula;
  • 1 szklanka cukru, może trochę więcej, ale nie 2 - cukier może być 1:1 trzcinowy:zwykły, dobry efekt się osiąga;
  • rodzynki, orzechy, figi, co kto lubi;
  • miód.

Twaróg z miękkim masłem dokładnie ucieramy, dodajemy jajka, mieszamy, dodajemy sól, mieszamy, dodajemy cukier, mieszamy, dodajemy mąkę, mieszamy. Właśnie żeby osiągnąć ten gliniasty efekt ciasta. Taki jak na przykład przy cieście na pizzę. Miękkie, zwarte, posklejane. Kulę wrzucamy do foliowego wora i na noc zamrażamy. Najlepiej podzielić na małe kulki, żeby był zapas. Wyciągamy następnego dnia wieczorem część z której będziemy robić ciacha, zostawiamy w lodówce do rozmarznięcia. Następnego dnia (pojutrze od zaczęcia) znajdujemy czas, siekamy bakalie, mieszamy z miodem, żeby się posklejały. To jest nadzienie.
Ciasto dzielimy na kule jeszcze mniejsze, wałkujemy na okrągłe placki, generalnie procedura rogalikowa - wycinamy trójkąty, wrzucamy nadzienie, zawijamy. Z tą różnicą, że nie formujemy półksiężyców. Długie tutki układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i na 15-20 minut wciskamy do rozgrzanego piekarnika.
Inna szkoła zawijania: rozwałkować długi placek, zasmarować nadzieniem, zawinąć, żeby boa ciastkowy powstał i pociąć na kawałki. Upiec. Jeszcze mniej babrania, a efekt wizualny nienajgorszy.
Opcjonalnie: można pomalować wierzch masłem roztopionym, jajkiem rozbełtanym lub wodą w cukrem, żeby się małe dziady zarumieniły, lecz nie jest to konieczność.
Opcjonalnie 2: po upieczeniu można oblać lukrem, czym tam się chce i na co ma się ochotę. Obsypać cukrem pudrem, albo nawet upiec z orzechami/makiem/sezamem na górze. Dowolność całkowita.

Spożywamy po ostygnięciu. Jeśli mój przepis jest mało jasny, polecam wyszukanie normalnego. Warto. Zdjęcia budzącego zachwyt nie udało mi się wykonać, ponieważ ciastka powstały z okazji, a wiadomo - okazja, wszyscy wszędzie spóźnieni, gdzieś jeszcze biegałam i sesja przeszła koło nosa.

czwartek, 22 listopada 2012

Narcyz i Złote Róże

Haneczka domaga się nowego posta. A ja, jak na złość, mam sto milionów innych rzeczy do zrobienia. Dlatego dzisiaj będzie bardzo nietreściwie.
Ostatnio najwięcej maluję i to właśnie pożera mój tak zwany wolny czas. Przy okazji obrazek poświadczający:


Mam kilka zaczętych tematów, które powinnam skończyć, ale szybciej będzie, pomyślałam, jeśli zacznę coś zupełnie jeszcze innego. Dlatego oto, proszę państwa, dzisiaj występuję ja we własnej osobie w odmianie nieczęsto spotykanej - udaję faszonistę.
Nie jest to stylizacja jakaś specjalnie ekskluzywna. Chciałam się jednak pochwalić torebką, którą ustrzeliłam w lumpku ponad miesiąc temu. Prawdziwa skóra, dobra pojemność i wymarzona forma. Za całe 15 złotych polskich. Szał Mariana. Bardzom kontenta.
Poza tym ostatnio znalazłam sposób na przyozdabianie włosów. A ponieważ często czeszę się tak, jak na poniższych obrazkach widać, ożywiam maczupikczu upięte na czubku rubasznego czerepu, żeby nie zemrzeć ze znudzenia. Różyczki są w zamiarze producenta guzikami. Będę musiała kiedyś ozdabianiu włosów poświęcić więcej uwagi. Kolor włosów też mam nowy, jeśli ktoś zauważył. Takiego brązu chyba jeszcze nie było. Podoba mi się bardziej niż rudy, więc póki co pozostanę mu wierna.

Teraz o pogodzie, żeby objętości tekstu dorobić. Dziwuję się niepomiernie, kiedy spozieram po cudzych blogach, że już zima, sezon śnieżny, i inne takie wypadki meteorologiczne. U mnie codziennie mgła i szarość, ani mrozu, ani niczego. Takie dziadu, doprawdy, jak na obrazku. Niby północ, biegun zimna niedaleko, a wcale nie odczuwam jakoś szczególnie, że się zima jakaś zbliża. Nawet czapki nie noszę. Ale to z dwóch powodów. Primo - brak zimna właśnie. Secundo - gdzie ja taki włos zmieszczę? Podobno się nie powinno rutynowo czesać, trzeba zmieniać, różnorodność uprawiać, ale tutaj w tym miejscu przyznaję - nie chce mi się. Wiem, że mój wielki łeb lepiej wyglądałby w otoczeniu delikatnych, romantycznych, trochę niedbałych loków, ale brakuje mi cierpliwości. I tu wracamy do pogody - rozwietrzanie listopadowym wiatrem niszczy i nadwyręża włos, więc udaję, że mi szkoda roztrwaniać, dlatego zbijam w kulę na czubku czachy. I tak patrzę na te zdjęcia, i dostrzegam, że mam grzywkę źle zrobioną, ale da się to uratować. Bo ona się nie układa. Skupia mi się na środku czoła i nie chce rozejść się na boki, żeby estetyka była. Trzeba będzie dociąć trochę. I tak już muszę skrócić, więc nie rozpaczam. Wszystko jest do zrobienia. Właściwie moje włosy dość źle zniosły ostatnie farbowanie i chyba szkodliwość dotarła do mojego mózgu, ponieważ od dłuższego czasu cierpię z powodu niekończącej się głupawicy. Ale to już inna opowieść.

Pozdrawiam Haneczkę!



Odzienie jest nie do podrobienia, ponieważ dość nawet trudno opisać mi pochodzenie niektórych elementów. Wszystko zostało kupione dawno temu lub w lumpie. Nihil novi.
Sukienka - Fransa; sweter, naszyjne omotanie, torebka - lumpek (nawet jeden i ten sam); różyczki do włosów - guziki z pasmanterii; kurtka - a bo ja pamiętam?; obuwie - rok temu w Deichmannie; skarpetki - nie wiem, ale są ciepłe, różowe w serduszka i gwiazdki; legginsy, kolczyki, rękawiczki z królikiem - dostałam.

czwartek, 1 listopada 2012

Trying to love somebody


Jakiś czas temu pewna panna nazwała Santdżona zimnym i wyrachowanym. Nikt nie zapłakał z tego powodu w poduszkę, bo oczy winylowe, ale też nikt tego nie zostawi bez odpowiedzi, bez argumentów, bez walki...

Powinnam jakiś opis zamieścić teraz, ale wszystko jest na obrazkach.






Ostatnie, które nastąpią teraz, uważam za najbardziej udane. Mogę się mylić, ponieważ bardzo często nie mam racji, więc ten margines na błąd zostawiam i nie chcę się upierać, że rzeczywiście, są to dzieła mojego życia. Ale najlepiej się przy nich bawiłam. To już fakt niezaprzeczalny, niepodważalny, niezatapialny.





I obrazek całkowicie przeze mnie ulubiony:


Oraz zakończenie:


Jeśli ktoś wypatrzył jakikolwiek błąd, proszę wytknąć, proszę nie krępować się. Wiem o kilku, a może dokonałam więcej? Bardzo to prawdopodobne.

środa, 31 października 2012

Kolory książek

Z okazji układania mojego księgozbioru w tęczę, postanowiłam zrobić zestawienie. Z każdego koloru starałam się wybrać jeden ulubiony tytuł. Nie będę pisać recenzji, streszczeń, nie będę nawet silnie motywować moich wyborów.

Brązowy: Ursula K. Le Guin, Wydziedziczeni. Seria o Pożyczalskich przegrała ułamkiem punktu. Dawno nie czytałam, więc nie pamiętam, co mi się tak bardzo podobało, ale wiem, że to moja ulubiona ekumeniczna część.

Czerwony: Gabriel García Márquez, Sto lat samotności. Właściwie również powinna się znajdować w brązowych, ale moje poczucie kolorystyczne przydzieliło ją do czerwonych. Mój egzemplarz chyba nawet wygrałam w jakimś konkursie. To był rok Krasickiego, tyle pamiętam, sto konkursów o twórczości. Przeczytałam dopiero sto lat później.

Pomarańczowy: Douglas Adams, Życie, wszechświat i cała reszta. Nie miałam zbyt dużego wyboru. Obok Antygona, słowniki i atlas filozofii. Nie jest to mój ulubiony Adams, jakoś bez echa czytanie mi wyszło. Szkoda, że kilka zielonych książek nie okleiłam na pomarańczowo. Byłoby ciekawiej.

Żółty: Pete McCarthy, Bar McCarthy'ego. Żółtych jest sporo. Kulisy kroju i szycia też bardzo lubię i często zaglądam. Jeśli wybierałabym najczęściej używaną książkę, właśnie na Kulisy... bym postawiła. Wyprawa po Irlandii jest jednak bardziej relaksująca i zabawna.

Zielony: Fiodor Dostojewski, Idiota. Najbardziej męczona przeze mnie literatura rosyjska. Ludzie marudzą, że Mistrz i Małgorzata to najlepsze, co kiedykolwiek tam na wschodzie powstało. Ja osobiście wolę księcia Myszkina.

Niebieski: Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane. Dobry deser.

Granatowy: Jane Austen, Listy wybrane. Lepsze niż wszystkie dumy i uprzedzenia razem wzięte.

Fioletowy-różowy: Ursula K. Le Guin, Jesteśmy snem. Moja ulubiona Ursula na świecie. Uczy, bawi, wychowuje... Dobra książka dla cierpiących na bezsenność.

Czarny: Leszek Kołakowski, Mini-wykłady o maxi-sprawach. Ja wiem, że osoba autora budzi obecnie różne uczucia, ale ta książka pomogła mi napisać wszystkie prace zaliczeniowe. Więc jak jej nie lubić?

Szary: Słownik wyrazów obcych. Pewuenowskie cudo.

Biały: Truman Capote, Śniadanie u Tiffany'ego. Bo jest krótkie, bo mogę się lansować, że czytałam, a nikt nie czytał, wszyscy tylko jedno zdjęcie z Audrey widzieli, a poza tym ma błąd: na stronie tytułowej napisano, że autorem jest Truman Copote. Haha! Ciekawostka - Harfa Traw to zielarskie gospodarstwo ekologiczne. Gdybym kiedykolwiek otworzyła solarium - Czarne Słońce jest moją nazwą.


W kolorze nude posiadam Ingardena, a mintowym kodeks drogowy, w camelowym zaś jakiś przegląd literatury polskiej. Mam nawet pinkową książkę - Chińską lalkę Chun Sue, której nikomu nie polecam. Krokodajlową okładką uśmiecha się z mojej półki Historia literatury jidysz.

wtorek, 16 października 2012

Versatile Blogger Award

Oto nagle zostałam mianowana oraz nominowana. Tłumy szaleją, dziękuję, dziękuję... Ren-ya wyróżniła mnie prestiżowym zielonym kolorem:


Zasady złamię, ponieważ nie jestem aż tak versatile. Bo oto są:

- nominować 15 blogów, które twoim zdaniem na to zasługują,
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów,
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
- podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
- pokazać nagrodę The Versatile Blogger Award u siebie na blogu.


Ale póki co przechodzimy do siedmiu (nieistotnych) faktów z życia. Może to nie do końca rasowe fakty, ale coś tam mówią o tym, skąd się biorą rzeczy, które wypełniają moje posty i czynią ze mnie tak wszechstronną blogotwórczynię. Sypnę też kradzionymi obrazkami, żeby uatrakcyjnić treść. To będzie taka szalenie inspiracyjna garść. Tak bez sensu trochę.

1. Przy sprzątaniu lubię śpiewać piosenki Budki Suflera i Lady Pank (których nie cierpię słuchać). Nigdy nie umiałam śpiewać, więc najlepiej brzmię przy akompaniamencie odkurzacza. Gdybym mogła wybrać sobie głos, chciałabym brzmieć jak Annie Lennox, Park Bom albo Iyeoka.


2. Poważniejsza informacja. Poza tym, że odznaczam się gustem wytwornie bazarowym, potrafię również docenić sztukę wyższą. Moim ulubionym (jednym z ulubionych) dziełem sztuki jest dzieło następujące:


Słyszałam (albo czytałam) kiedyś, że Dostojewski nieomal dostał ataku epilepsji od zapatrzenia w martwego Chrystusa Holbeina. Ja z pewnością zareagowałabym podobnie oglądając prawdziwego, wielkiego Iwana Groźnego w Galerii Trietiakowskiej.
A moim ulubionym mutantem był Nightcrowler. Film go bardzo skrzywdził, ale niech tam już będzie, jakoś wyrosłam z atomowych superbohaterów. Zdecydowanie nie przejawiam przy nich nawet cienia epilepsji.


3, 4, 5. Kiedy byłam bardzo mała, marzyłam o tym, żeby zrobić karierę jak Bob Ballard. Myślę, że szkoła zabiła to marzenie. Może nie bezpośrednio, ale miała swój wpływ. Najpierw człowiek myśli, że świat stoi przed nim całą uśmiechniętą szerokością horyzontu, a później pani mówi, że jedynym ważnym osiągnięciem jest estetyczne pisanie, którego nie jesteś w stanie opanować. Bardzo jest smutne życie dzieci. I taka refleksja jeszcze - jako dziecko, niczego się nie bałam. Chodzi o siły przyrody. Ani na drzewo najwyższe wejść, ani splunąć z wieży najwyższej, ani wypływać dziurawą łódką na głębinę, ani do ciemnego bunkra wskoczyć... Teraz cierpię na dotkliwy lęk wyobraźni.
Dwa fakty bez sensu: Za to bardzo lubię zebry. A żeby nawiązać do mody - lubię też Joan Smalls.



6. Nie mam ulubionego koloru. Łatwiej mi określić, których nie lubię. Dlatego im bardziej kolorowo - tym lepiej. Teoretycznie złota jesień powinna więc być moją ulubioną porą roku. Ale ja najbardziej lubię późne lato przełomu sierpnia i września.


7. Kolejny fakt i historyczne zdjęcie wykonane w historycznym momencie. Razem z koleżanką uparłyśmy się kiedyś na mówienie językiem poetyckim holoubkowskim polskim, z całym tym patosem i dramatyzmem. Pewnego wieczoru trafiłyśmy na widoczne niżej literki.


To tyle fascynujących informacji. Mam nadzieję, że obrazki pomogły w odbiorze. Niektóre nie mają żadnego związku, trochę tak bez sensu, ale starałam się, naprawdę.
W tym momencie oficjalnie podziękowania. Dziękuję Ci, Ren-yu, za wyróżnienie! :)

I teraz część ostatnia cieszenia się z wyróżnienia. Powinnam kogoś nominować, ale to nie mieści się w mojej wszechstronności. Wcale nie dlatego, że nie widzę na horyzoncie nikogo, komu do twarzy by było z kolorem zielonym w kółka i gwiazdki. Chodzi o to, że ja bym przyznała wszystkim. Pewnie dlatego nikt mi nie zaproponował jurorskiego stołka w "Mam talent".

poniedziałek, 15 października 2012

The stars shine in the sky tonight


Udało mi się ostatnio poskładać trochę kolczyków. Materiały są resztkowe, staram się zapasy powoli eksploatować, żeby zrobić miejsce na coś nowego. Materiał kolorowy to przede wszystkim szkło w różnych formach.
Może to tandetne jest i okropne dla ludzi o ekskluzywnym guście, ale naprawdę podobają mi się szklane gwiazdki. Mam zamiar nabyć ich więcej, prawdopodobnie w różnych wersjach kolorystycznych.





Poza tym w dalszym ciągu staram się opanować trudną sztukę tworzenia koralikowych zwierząt trójwymiarowych. Ale nawet płaskie mi nie wychodzą. Już myślałam, że wiem, co robię, a okazało się, że mój kurczak bardziej przypominał osłabioną ośmiornicę. Muszę jeszcze nad tym popracować. Póki co najlepiej wychodzą mi formy nieskomplikowane.